Za co pokochałam profesorową Szczupaczyńską
Piątkowy wieczór. Czy może być coś piękniejszego niż wizja wolnego weekendu, podczas którego można się zakopać w fotelu z filiżanką herbaty i książką w ręku? Jeśli jeszcze nie dokonaliście wyboru lektury, chciałabym Wam kogoś przedstawić. Oto ona: Profesorowa Zofia Szczupaczyńska!
Moja absolutna faworytka do tytułu najlepszej bohaterki literackiej roku. Kobieta na miarę swoich czasów, zajęta sprawami absolutnie ważnymi, takimi jak wybór wina na kolację, przygotowanie pulardy (nie wiecie co to pularda? nie szkodzi, potem zajrzycie do wikipedii), pilnowanie służby, dbanie o domowy mir... A wszystko to w Krakowie u schyłku XIX wieku. Zofię Szczupaczyńską poznałam sięgając kilka miesięcy temu po pewną książkę...
Tajemnica domu Helclów, autor: Maryla Szymiczkowa
Na początku muszę wyjaśnić, że autorka - Maryla Szymiczkowa to pseudonim literacki dwóch panów: Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Tego pierwszego cenię za niesamowitą "Lalę", drugiego poznałam dopiero przy lekturze książek autorstwa Maryli Szymiczkowej.
Po "Tajemnicę domu Helclów" sięgnęłam głównie dlatego, że zapowiadana była jako kryminał w stylu retro. Cóż.. chciałam kryminału, a trafiłam na perełkę. Tak naprawdę to z kryminałem książka ma niewiele wspólnego. Owszem jest zabójstwo, jest tajemnica, jest śledztwo. Ale jeśli nastawiacie się na typowy kryminał, to się zawiedziecie.
Siłą tej książki jest niebywale drobiazgowe i humorystyczne pokazanie realiów Krakowa z końca XIX wieku. Główna bohaterka, wspomniana już przeze mnie Zofia Szczupaczyńska jest typową panią z zamożnego, inteligenckiego domu. Jej mąż - Ignacy, to profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego kariera jest oczkiem w głowie Zofii. Bohaterkę pochłaniają czynności określane jako "dbanie o domowe ognisko". I wywiązuje się ze swoich obowiązków nasza Profesorowa znakomicie. Tylko pewnego dnia zostaje wplątana w zaginięcie jednej z pensjonariuszek w tytułowym domu Helclów, placówki mającej opinię dobrego domu spokojnej starości. W Profesorowej ożywa żyłka detektywistyczna. I już nic nie jest w stanie powstrzymać jej żywej inteligencji i upartego dążenia do wyjaśnienia zagadki.
Co mnie w tej książce urzekło? Ano Kraków i jego historia. Panowie autorzy w sposób mistrzowski odtworzyli atmosferę, i tamtych lat, i tamtego miejsca. Myślę, że dla mieszkańców Krakowa czytanie tej książki musi być tysiąc razy większą frajdą, bo znają doskonale topografię miasta i pewnie lepiej niż ja, jego historię. Niemniej i ja bawiłam się przy lekturze niesamowicie. Ilość odniesień i sugestii, język godny pozazdroszczenia, autentyczne artykuły prasowe czytane przez Ignacego w krakowskim
"Czasie", postaci historyczne, które pojawiają się na kartach powieści, wszystko to sprawiło, że dostałam kawał świetnej literatury, którą z czystym sumieniem polecam.
A że się uśmiałam? A jak się nie uśmiać skoro w tekście znajdujemy takie skarby:
"W życiu Zofii Szczupaczyńskiej istniały świętości większe niż hostia w
podniesieniu i należał do nich porządny niedzielny obiad, a zatem i
równie porządne sobotnie sprawunki."
"W Krakowie 'przebaczenie' było wyłącznie terminem teologicznym, bez praktycznego zastosowania w życiu codziennym."
"Jak wszyscy inteligentni ludzie znakomicie sobie radziła z samooszukiwaniem."
"Mordowanie kucharek w czasach, kiedy tak trudno o służbę z prawdziwego
zdarzenia, kiedy do pracy zgłaszają się same garkotłuki, nieumiejące
odróżnić szparaga od sznurka, wydawało się Szczupaczyńskiej nie tylko
zbrodnią, ale i aktem oburzającego marnotrawstwa."
"- A co, jeśli zmarły wygląda zdrowo? - naciskała profesorowa.
- Zdrowo - zmarszczył czoło Iwaniec - żaden zmarły nie wygląda zdrowo.
Ustanie życia jest objawem zdecydowanego braku zdrowia. Definitywnego,
rzekłbym."
Dlatego też, kiedy całkiem niedawno ukazała się druga część przygód Szczupaczyńskiej, rzuciłam się na nią bez zastanowienia...
Rozdarta zasłona, autor: Maryla Szymiczkowa
Śmiem twierdzić, że druga część jest nawet lepsza niż pierwsza. I to z wielu względów. Przede wszystkim pojawia się zdecydowanie ciekawszy wątek kryminalny. Poza tym profesorowa przechodzi swoistą przemianę, ba! w jej mózgu zaczyna się rodzić pewne podejrzenie, które towarzyszy nam przez całą lekturę - ale o tym później! Znakomite też są wtręty dotyczące płciowości, które doprowadziły mnie do tego, że popłakałam się ze śmiechu ("Już sama woń odziewna takiej czystej dziewicy ma nadzwyczajną czystość i delikatność, dochodzącą prawie do bezwonności"...).
Wielkanoc 1895 roku zostaje zakłócona morderstwem młodej kobiety, którą okaże się służąca Szczupaczyńskich - Karolcia Szulcówna. Tak rozpoczyna się wątek kryminalny w powieści i jest on naprawdę świetnie poprowadzony. Profesorowa, uwikłana od samego początku w sprawę, podejmuje po raz kolejny własne śledztwo, które okazuje się skuteczniejsze niż postępowanie prowadzone przez krakowską policję. Razem z bohaterką poznajemy "nieco zakazane" rejony Krakowa i "ciemne sprawki", które dla porządnych kobiet powinny na zawsze pozostać tajemnicą. Autorzy znowu bezbłędnie opowiadają o Krakowie, o autentycznych postaciach (Daszyński, Estreicher, Puzyna), cytują fragmenty gazet, kolorują wszystkie warstwy społeczne.
Zofia Szczupaczyńska natomiast doznaje powolnej przemiany. Jak już wspomniałam, rodzi się w niej pewne zatrważające przypuszczenie. A może mózg kobiet jest jednak podobny do mózgu mężczyzny? Może miejsce kobiety to niekoniecznie tylko dom? Zabawne jest śledzenie toku rozumowania bohaterki, tym bardziej, że w zacofanej Galicji zaczynają się rodzić nieśmiało ruchy emancypacyjne... Czyżby więc Zofia nie ustępowała intelektem Ignacemu? Wiem, wiem, dzisiaj to śmieszne, ale dla naszej bohaterki był to prawdziwy szok poznawczy! Na koniec profesorowa pozwala sobie nawet na nieposłuszeństwo i ironię. Zasłona została rozdarta, a oczom naiwnej pani domu ukazał się Kraków w pełnej krasie. Niekoniecznie niestety tak piękny, jak myślała...
Podziwiam autorów za świetne przemycanie tekstów z klasyków (Mickiewiczowskie "skąd ułani wracali" lub "Zofia wypłynęła na szeroki przestwór głównego placu..."), ironię i podteksty "wiadomo było, że w Wadowicach nic ciekawego się nie urodzi", dzięki temu czytanie książki to prawdziwa frajda.
Dopiero co skończyłam drugą część, a już zaczynam tęsknić za Zofią Szczupaczyńską. Polubiłam ją, jak najlepszą przyjaciółkę.
Jabłko wyborne, jego smak docenią zwłaszcza ci, którym ironia i dystans nieobce...