Nie tylko dla kobiet
Dzisiaj
o dwóch książkach, których bohaterkami są kobiety. Wbrew pozorom może to jednak
literatura nie tylko dla płci pięknej, choć internety dowodzą, że po te dwie
pozycje, o których będzie mowa, sięgają jednak częściej panie.
„Słowik” Kristin Hannah
Ostatnią
książką, którą przeczytałam w 2016 r. był „Słowik” Kristin Hannah. Nie znałam
autorki, ale „Słowikiem” zachwycało się tyle osób na przeróżnych forach
internetowych, że postanowiłam sprawdzić co zacz. Akcja powieści toczy się we
Francji w przededniu i w czasie II wojny światowej. Wiadomo, wojna to zawsze
temat wdzięczny do snucia opowieści o dramatycznych losach i wyborach, a także
o postawach, jakie ludzie przyjmują w chwili, kiedy ich życie jest zagrożone.
Jak już kiedyś wspominałam, okupacja we Francji kojarzy mi się najczęściej z
serialem „Allo, allo” (swoją drogą, czy dotarła do Was smutna wiadomość, że
właśnie zmarł odtwórca roli René? Ach, uwielbiałam, jak przyłapany w sytuacji
dwuznacznej, mówił do swojej żony: „you stupid women, don’t you see”… i tu
następowało coś w rodzaju, „że ta kobieta zjadła rybę i zatruła się grzybami”…no
ale dość dykteryjek). Pani Hannah pokazuje jednak, że nie wszyscy Francuzi
poddali się bierności marionetkowego rządu z Vichy. I to prawda.
W opowiadanej
historii pojawiają się dwie siostry, które dość wcześnie zostały osierocone
przez matkę i właściwie opuszczone przez ojca. I jak to w życiu bywa, starsza
jest wzorem cnót wszelakich, posłuszna, grzeczna, stateczna, mężata i dzieciata…
Młodsza to trzpiotka, nie poddająca się konwenansom epoki panna, która
zazwyczaj dostaje to, czego chce. Jest harda i ma niewyparzony język. Kiedy
wybucha wojna, każda z nich zaczyna podążać swoją drogą. Jak się łatwo
domyślić, starsza stara się nie narażać ani siebie, ani swojej rodziny. Jest
zachowawcza i przestraszona. Młodsza wikła się w działalność ruchu oporu i jest
słynnym „Słowikiem” (fr. Rossignol – bo takie nazwisko nosi), który
przeprowadza angielskich i amerykańskich lotników przez Pireneje. I niby
wszystko wydaje się proste, ale pozory mylą.
Cóż,
„Słowik” to zgrabnie napisana historia, którą całkiem przyjemnie się czyta.
Razi mnie wprawdzie lekkomyślność bohaterek, jakieś takie niekonsekwencje ich
działań oraz nierealność pewnych sytuacji (no przepraszam, ale ruch oporu znowu
mi przypomina ten z serialu „Allo, allo”). Nie jest to powieść z wielkim
rozmachem, raczej czytadło. Absolutne zachwyty nad książką trochę mnie dziwią,
bo znam wiele powieści o wojnie, które mocno przerastają „Słowika” pod każdym
względem. Nie wiem, może promocja książki okazała się skuteczna, a może po
prostu czytelnicy teraz stali się mniej wymagający? (mam nadzieję, że się
mylę). W każdym razie, jeśli macie ochotę na lekturę niekoniecznie do końca
bardzo lekką, ale też nie przytłaczającą wielkim ciężarem, to możecie po „Słowika”
sięgnąć. Jeśli jednak spodziewacie się powieści na miarę „Wyznaję” Cabré, zawiedziecie
się.
Jabłko
do zjedzenia w wypadku nagłego głodu.
„Służąca” Tara Conklin
Pierwszą
zaś książką w nowym roku była „Służąca” Tary Conklin. To powieść, której akcja
toczy się dwutorowo, w XIX wieku w Wirginii i współcześnie w Nowym Jorku. Mamy
dwie bohaterki: niewolnicę Josephine i prawniczkę Linę Sparrow. Pierwsza, mocno
związana ze swoją panią Lu Ann Bell, za wszelką cenę pragnie wolności. Jest
utalentowaną malarką, która tworzy swoje obrazy w pracowni białej właścicielki
(ta również próbuje malować, ale idzie jej to znacznie gorzej, niż jej
niewolnicy). Druga, to młoda, ambitna prawniczka, która próbuje zostać
wspólnikiem w wielkiej kancelarii prawniczej. Natrafia na ślady Josephine, kiedy
dostaje sprawę wielomilionowego odszkodowania dla potomków amerykańskich
niewolników. Jednocześnie pojawiają się domysły, że obrazy, których autorstwo
jest dotychczas przypisywane Lu Ann Bell, są dziełem kogoś zupełnie innego.
Czy
to dobra powieść? Niezła. Podoba mi się zwłaszcza część dotycząca niewolnictwa
i tego, co z nim związane. Pewnie dlatego, że nadal niewiele wiem o historii
Stanów Zjednoczonych, a zauważam, że to błąd, bo choć młoda to historia, to
jednak bardzo ciekawa. Wątek współczesny jest nieco słabszy, kilka dość mało
oryginalnych sytuacji, które w literaturze pojawiają się na tyle często, że
przestają zaskakiwać.
Jedno,
co mi się na pewno w tej historii podoba, to poszukiwanie wolności. Okazuje się, że
wcale nie ma aż tak wielkiej różnicy pomiędzy dziewiętnastowieczną czarną
niewolnicą z południa, a młodą, ambitną, współczesną prawniczką z Nowego Jorku.
Obie nie są wolne. Ale w różny sposób. I obie o tę wolność zawalczą.
Jabłko
niezłe w smaku, choć czasem trafi się jakaś dziurka po robaczku.
A przy okazji zauważyłam, że obie książki zostały wydane przez "Świat książki". Jak się u nich kupuje ebooka, to jest on spersonalizowany, tzn. pojawia się napis, że jest to książka dla... i tu jest imię i nazwisko. Ciekawy sposób na walkę z piractwem w sieci...





















