wtorek, 31 stycznia 2017



Nie tylko dla kobiet

Dzisiaj o dwóch książkach, których bohaterkami są kobiety. Wbrew pozorom może to jednak literatura nie tylko dla płci pięknej, choć internety dowodzą, że po te dwie pozycje, o których będzie mowa, sięgają jednak częściej panie. 

„Słowik” Kristin Hannah

Ostatnią książką, którą przeczytałam w 2016 r. był „Słowik” Kristin Hannah. Nie znałam autorki, ale „Słowikiem” zachwycało się tyle osób na przeróżnych forach internetowych, że postanowiłam sprawdzić co zacz. Akcja powieści toczy się we Francji w przededniu i w czasie II wojny światowej. Wiadomo, wojna to zawsze temat wdzięczny do snucia opowieści o dramatycznych losach i wyborach, a także o postawach, jakie ludzie przyjmują w chwili, kiedy ich życie jest zagrożone. Jak już kiedyś wspominałam, okupacja we Francji kojarzy mi się najczęściej z serialem „Allo, allo” (swoją drogą, czy dotarła do Was smutna wiadomość, że właśnie zmarł odtwórca roli René? Ach, uwielbiałam, jak przyłapany w sytuacji dwuznacznej, mówił do swojej żony: „you stupid women, don’t you see”… i tu następowało coś w rodzaju, „że ta kobieta zjadła rybę i zatruła się grzybami”…no ale dość dykteryjek). Pani Hannah pokazuje jednak, że nie wszyscy Francuzi poddali się bierności marionetkowego rządu z Vichy. I to prawda. 

W opowiadanej historii pojawiają się dwie siostry, które dość wcześnie zostały osierocone przez matkę i właściwie opuszczone przez ojca. I jak to w życiu bywa, starsza jest wzorem cnót wszelakich, posłuszna, grzeczna, stateczna, mężata i dzieciata… Młodsza to trzpiotka, nie poddająca się konwenansom epoki panna, która zazwyczaj dostaje to, czego chce. Jest harda i ma niewyparzony język. Kiedy wybucha wojna, każda z nich zaczyna podążać swoją drogą. Jak się łatwo domyślić, starsza stara się nie narażać ani siebie, ani swojej rodziny. Jest zachowawcza i przestraszona. Młodsza wikła się w działalność ruchu oporu i jest słynnym „Słowikiem” (fr. Rossignol – bo takie nazwisko nosi), który przeprowadza angielskich i amerykańskich lotników przez Pireneje. I niby wszystko wydaje się proste, ale pozory mylą. 

Cóż, „Słowik” to zgrabnie napisana historia, którą całkiem przyjemnie się czyta. Razi mnie wprawdzie lekkomyślność bohaterek, jakieś takie niekonsekwencje ich działań oraz nierealność pewnych sytuacji (no przepraszam, ale ruch oporu znowu mi przypomina ten z serialu „Allo, allo”). Nie jest to powieść z wielkim rozmachem, raczej czytadło. Absolutne zachwyty nad książką trochę mnie dziwią, bo znam wiele powieści o wojnie, które mocno przerastają „Słowika” pod każdym względem. Nie wiem, może promocja książki okazała się skuteczna, a może po prostu czytelnicy teraz stali się mniej wymagający? (mam nadzieję, że się mylę). W każdym razie, jeśli macie ochotę na lekturę niekoniecznie do końca bardzo lekką, ale też nie przytłaczającą wielkim ciężarem, to możecie po „Słowika” sięgnąć. Jeśli jednak spodziewacie się powieści na miarę „Wyznaję” Cabré, zawiedziecie się.

Jabłko do zjedzenia w wypadku nagłego głodu.

„Służąca” Tara Conklin

Pierwszą zaś książką w nowym roku była „Służąca” Tary Conklin. To powieść, której akcja toczy się dwutorowo, w XIX wieku w Wirginii i współcześnie w Nowym Jorku. Mamy dwie bohaterki: niewolnicę Josephine i prawniczkę Linę Sparrow. Pierwsza, mocno związana ze swoją panią Lu Ann Bell, za wszelką cenę pragnie wolności. Jest utalentowaną malarką, która tworzy swoje obrazy w pracowni białej właścicielki (ta również próbuje malować, ale idzie jej to znacznie gorzej, niż jej niewolnicy). Druga, to młoda, ambitna prawniczka, która próbuje zostać wspólnikiem w wielkiej kancelarii prawniczej. Natrafia na ślady Josephine, kiedy dostaje sprawę wielomilionowego odszkodowania dla potomków amerykańskich niewolników. Jednocześnie pojawiają się domysły, że obrazy, których autorstwo jest dotychczas przypisywane Lu Ann Bell, są dziełem kogoś zupełnie innego. 

Czy to dobra powieść? Niezła. Podoba mi się zwłaszcza część dotycząca niewolnictwa i tego, co z nim związane. Pewnie dlatego, że nadal niewiele wiem o historii Stanów Zjednoczonych, a zauważam, że to błąd, bo choć młoda to historia, to jednak bardzo ciekawa. Wątek współczesny jest nieco słabszy, kilka dość mało oryginalnych sytuacji, które w literaturze pojawiają się na tyle często, że przestają zaskakiwać. 

Jedno, co mi się na pewno w tej historii podoba, to poszukiwanie wolności. Okazuje się, że wcale nie ma aż tak wielkiej różnicy pomiędzy dziewiętnastowieczną czarną niewolnicą z południa, a młodą, ambitną, współczesną prawniczką z Nowego Jorku. Obie nie są wolne. Ale w różny sposób. I obie o tę wolność zawalczą.

Jabłko niezłe w smaku, choć czasem trafi się jakaś dziurka po robaczku.


A przy okazji zauważyłam, że obie książki zostały wydane przez "Świat książki". Jak się u nich kupuje ebooka, to jest on spersonalizowany, tzn. pojawia się napis, że jest to książka dla... i tu jest imię i nazwisko. Ciekawy sposób na walkę z piractwem w sieci... 

sobota, 21 stycznia 2017


Najlepsza książka na walkę z grypą


Ostatni tydzień spędziłam na chorowaniu. Cóż, grypa nie oszczędza. W zasadzie chorowanie jest dość przyjemne, prawda? Zawsze kiedy dopada mnie infekcja, przypominam sobie taki fragment z książki Philippe’a Delerme’a „Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności”:

Ach, te niezapomniane choroby dzieciństwa! - dzięki nim mogłeś spędzić kilka dni w łóżku, w towarzystwie królika Bugsa. Ale cóż, z wiekiem coraz mniej przyjemności płynie z niedomagań...”

Być może autor ma rację. Z wiekiem gorzej znosi się choroby, ale to nie oznacza, że leżąc w łóżku, nie można sięgnąć po jakąś fajną lekturę. Długo nie mogłam sobie dobrać książki do choroby. Zaczęłam chyba ze trzy reklamowane ostatnio powieści i każdą porzucałam po kilkunastu stronach. Znacie to uczucie? Kiedy człowiek w desperacji szuka punktu zaczepienia i lektury, która go w końcu pochłonie? Strasznie tego nie lubię. Tego, że nie mogę trafić do jakiegoś świata tekstu, w którym chciałabym zamieszkać.

Zdesperowana, zaczęłam się zastanawiać nad obejrzeniem kilku zaległych filmów. I wtedy, w ostatnim przebłysku świadomości, pomyślałam, że teraz, w tej mojej chorobie, mam ochotę na coś pokrzepiającego, coś, co mnie podniesie na duchu, na taką powieść, w której lubię niemal wszystkich. Macie takie książki? Na pewno. Każdy je ma. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to właśnie to: 

„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”. Autorki: Mary Ann Shaffer, Annie Barrows




Dziwny tytuł, prawda? Dość długi, dziwaczny, a to zazwyczaj nie wróży powodzenia książce. A jednak. Kilka lat temu kupiłam wydanie papierowe w jednej z księgarni, właśnie ze względu na absurdalność tytułu. I do dzisiaj „Stowarzyszenie...” jest jedną z moich ukochanych książek.

Zwlekłam się więc z łoża boleści i poszłam szukać książki. Przekopałam wszystkie regały. Książka jest dość krótka, nie rzuca się w oczy, więc trochę to trwało. Nie znalazłam! Przy okazji – jeśli to Ty ją ode mnie pożyczyłeś/aś, zwróć! Tęsknię za nią!

Na szczęście książka doczekała się wydania elektronicznego, była dość tania, więc cóż… Kupiłam i z lubością zanurzyłam się w latach 40-tych ubiegłego wieku.

Zacznę od formy. Książka napisana jest w formie listów. Wiem, wiem, nie każdy lubi taki rodzaj narracji. Ja w zasadzie niekoniecznie za nim przepadam. Ale w tym wypadku, czyta się świetnie i naprawdę ta forma jest chyba wielkim atutem powieści. Z listów bowiem świetnie odczytujemy zalety, wady, śmiesznostki, charaktery bohaterów.

Akcja powieści toczy się w Anglii, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Juliet, młoda pisarka objeżdża Anglię promując swoją książkę. Zupełnie przypadkiem trafia do niej list od jednego z mieszkańców wyspy Guernsey, jednej z Wysp Normandzkich. Ciekawa sprawa z tymi Wyspami. Leżą w pobliżu Normandii, ale nie należą do Francji. Nie są też częściami Zjednoczonego Królestwa, ani koloniami. Podlegają bezpośrednio Koronie Brytyjskiej. Nawet nie są w Unii Europejskiej (choć teraz i tak by nie były…). W czasie II wojny światowej Wyspy Normandzkie znajdowały się pod okupacją niemiecką. Tuż przed inwazją hitlerowską wywieziono stąd niemal wszystkie dzieci, aby zamieszkały u zupełnie obcych ludzi w Anglii. W każdym razie, w czasie wojny wyspy te zostały całkowicie odizolowane od reszty Wielkiej Brytanii, do mieszkańców nie docierały żadne informacje z lądu. I chyba tak naprawdę, nikt się nimi specjalnie nie przejmował.

I właśnie w czasie wojny, zupełnie przypadkiem, dla uniknięcia represji ze strony okupanta, zostało zawiązane Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Jak to się często zdarza, prowizorki potrafią przetrwać lata. Okazało się, że ludzie, którzy dotąd niespecjalnie interesowali się literaturą, zaczynają kochać słowo pisane. Co więcej, tych ludzi zaczyna łączyć specjalna więź, która okazuje się silniejsza, niż strach i wojenna bieda.
Wymiana korespondencji pomiędzy mieszkańcami wyspy a Juliet, skłania młodą pisarkę do wyjazdu na Guernsey… Więcej nie opowiem.

To bardzo ciepła książka. Taka, która sprawia, że ogarnia cię błogi spokój o losy tego świata. Książka o przyjaźni i o miłości do książek. Zabawna, momentami nawet bardzo. Bardzo, ale to bardzo optymistyczna.

Najlepsze jabłko na każdą chorobę. Jedyna książka, której dałam 10 gwiazdek na portalu lubimyczytać.pl

Miejcie ją w zanadrzu, bo grypa szaleje!

sobota, 7 stycznia 2017

Przeczytane w święta...

"Muza", autor: Jessie Burton

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia kupiłam "Muzę" Jessie Burton. To ciekawe, bo prawie dokładnie rok temu przeczytałam debiutancką powieść tej samej autorki pt. "Miniaturzystka". Pamiętam jeszcze jakie wrażenie zrobiła na mnie tamta książka. Jej niezwykły, dość mroczny klimat XVII-wiecznego Amsterdamu. Powieść nieprzeciętna, w której aż czuć było wilgotność holenderskiego powietrza, ciężkość materii, ciemność, tajemniczość i niedomówienia. O tak, "Miniaturzystka" była doskonała w każdym calu i potrafiła sprawić, że skóra mi cierpła.

Jak zatem mają się sprawy z "Muzą"? Zawiodłam się? Czy też nie?
Otóż trudno powiedzieć. Powieść jest zbudowana dwuwątkowo, co lubię.

Pierwsza płaszczyzna czasowa przenosi nas do Andaluzji. Mamy lata trzydzieste, jak wiemy trudny moment w historii Hiszpanii stojącej u progu wojny domowej. Z Wiednia przybywa żydowska rodzina Schlossów: Harold - marchand handlujący dziełami sztuki, jego ekscentryczna i neurotyczna żona Sara oraz ich córka Oliwia. I to właśnie Oliwia jest jedną z głównych bohaterek książki. Obdarzona niezwykłym talentem malarskim, którego nie ujawnia przed najbliższymi i światem. Jest zamknięta w sobie i wyobcowana. Rodzinie Schlossów pomaga w prowadzeniu domu para tubylców: Teresa i jej brat Izaak. Ich pojawienie się w życiu rodziny, wprowadza spore zamieszanie...

Druga płaszczyzna to rok 1967 - Londyn. Młoda imigrantka z Trynidadu Odelle Bastien próbuje ułożyć swoje  życie w stolicy Anglii. I ona, podobnie jak Oliwia, jest uzdolniona, tyle  że literacko. I tak samo jak Oliwia odczuwa strach przed objawieniem światu swojego talentu. Wszystko wydaje się przeszkadzać: jej pochodzenie, kolor skóry, brak obycia w świecie...

Co połączy te obie kobiety? Te dwie płaszczyzny? Obraz. Tajemniczy obraz, którego autorstwo przypisywane jest hiszpańskiemu malarzowi Izaakowi Roblesowi. Tylko czy to naprawdę on jest genialnym malarzem, który jak nikt inny potrafił zachwycić swoją sztuką? Czy to on zdaje się potwierdzać tezę, że "wybitne dzieła są ciągle odczytywane na nowo i nigdy się nie starzeją"? I jaką rolę odgrywa w całej historii tajemnicza pani Quick?

"Muza" to książka o objawieniu talentów, o strachu przed odrzuceniem i śmiesznością, a także o tym,  że ten strach jest  śmieszny. Jedno zdanie przemówiło do mnie na pewno: 

"Cóż, może okaże się, że jesteś wyjątkowa, a może nie- ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, a już z pewnością nie powinno wpływać na to, czy masz pisać. Więc przestań się zamartwiać i po prostu to rób. Quick powiedziała,  że akceptacja innych ludzi nigdy nie powinna być moim celem. W ten sposób mnie wyzwoliła - dokonała czegoś, na co ja sama nie umiałam się zdobyć. Ufała mi."

Nie, nie jest to książka, która pozostawi po sobie taki smak, jak "Miniaturzystka", ale warto ją przeczytać. Smaczne jabłko.

środa, 14 grudnia 2016

Przynieś mi książkę Święty Mikołaju



Przynieś mi książkę Święty Mikołaju…

Święta za pasem. Coraz mniej czasu. Nie wiem, jak Wy, ale ja od paru lat mam wrażenie, że grudzień to najgorszy miesiąc w roku. Najwięcej pracy, zajęć, obowiązków. W centrach handlowych totalny chaos, ludzie krążą z obłędem w oczach i szukają prezentów. A gdzieś tam po cichu rodzi się Bóg.
No nic, jeśli jeszcze nie kupiliście podarków dla najbliższych, to nie muszę chyba nikogo przekonywać, że najlepszym prezentem jest książka. Na szczęście, żeby ją kupić, nie trzeba wychodzić z domu. Księgarnie internetowe są dużo tańsze, a zakupy w nich to czysta przyjemność. Zero tłumów, hałasu, nachalnych „Jingle Bells” i innych świątecznych szlagierów. Można sobie zrobić kawkę i w domowym zaciszu kupić wszystko, czego dusza zapragnie (albo na ile finanse pozwolą).
Zatem, jeśli jeszcze nie kupiliście, może skusicie się na którąś z moich propozycji?
Zaczynam od dzieci, wszak one czekają na Mikołaja najbardziej.

Dla dzieci – tych mniejszych i tych większych

Kroniki Archeo, autor: Agnieszka Stelmaszyk

 


 

Jedna z naszych ulubionych serii książek przygodowych. Znakomicie napisana i świetnie wydana. Bohaterowie to rodzeństwo Ania i Bartek Ostrowscy oraz Mary Jane, Martin i Jim Gardner. Ci pierwsi pochodzą z Polski, ci drudzy z Anglii. Co ich łączy? Ich rodzice są archeologami i często razem pracują. W chwili obecnej na serię składa się 9 części. Można czytać chronologicznie (co polecam), albo w dowolnej kolejności. Jak dla mnie rewelacja! W każdej części dzieci rozwiązują inną zagadkę historyczną. Oprócz świetnie poprowadzonej narracji i wciągającej fabuły, w książce na marginesach znajdziemy mnóstwo ciekawostek historycznych, wyjaśnień pojęć, dykteryjek. Słowem: bawi i uczy. Dla jakiego przedziału wiekowego? Pierwszy tom przeczytaliśmy kiedy Olek miał 6-7 lat. I myślę, że to jest dolna granica wiekowa. Tekstu jest dużo, fabuła dość skomplikowana, więc młodsze dzieci chyba niespecjalnie będą się umiały skupić. W każdym razie polecam!  A jeśli kogoś Kroniki Archeo wkręcą absolutnie, to może sobie potem dokupić grę planszową, która powstała na podstawie książek. 


Mapy. Obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świat, autor: Aleksandra i Daniel Mizielińscy

 
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam „Mapy” Mizielińskich przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie oglądaliśmy z bratem wszystkie mapki w czterotomowej encyklopedii PWN. Jakie to było fascynujące zajęcie. I przyszło mi do głowy, że gdybyśmy wtedy dostali takie cudo, jak to popełnione przez Mizielińskich, oszalelibyśmy z radości. Już widzę te długie zimowe wieczory spędzone nad mapami. Ten obłęd w krótkowzrocznych oczach, te marzenia o dalekich lądach. Cóż, czasy się zmieniły. Teraz świat jest na wyciągnięcie ręki. „Mapy” kupiłam. Z sentymentu, ale i dlatego, że są po prostu rewelacyjnie napisane. To takie kompendium wiedzy o świecie. Szczegółowość obrazków i oszczędność słów. Dla miłośników. Ale nie tylko… Myślę, że całkiem przy okazji uczą. A wiedza przyswojona przez zabawę, zostaje na zawsze. 

Trudno określić od jakiego wieku. Myślę, że i dla rezolutnego trzylatka i dla ciekawego świata 13-latka. I dla 42-letniej kobiety…






Seria wydawnicza MULTICO


Znacie wydawnictwo MULTICO? Nie? Poważny błąd. Odkryłam ich książki jakiś czas temu i jestem absolutnie zakochana. I wiecie co? Mają siedzibę o trzy kroki od mojej pracy. Więc nie dość, że znam książki, to jeszcze znam sympatycznych ludzi z wydawnictwa. Szczęściara ze mnie.
MULTICO wydaje przede wszystkim piękne książki o przyrodzie. Są doskonale wydane i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, dlatego z czystym sumieniem polecam na świąteczne prezenty. Czyta się znakomicie, zdjęcia dopełniają reszty. Polecam szczególnie te, które mamy osobiście.

Macin Jan Gorazdowski opowiada o psach
 







Jerzy Rafalski opowiada o planetach






Andrzej Kruszewicz opowiada o ptakach


 

Młody obserwator przyrody. Encyklopedia



 Polska! To lubię. Encyklopedia dla całej rodziny


O rety! Przyroda, autor Tomasz Samojlik








Ale historia… autor Grażyna Bąkiewicz

„Mieszko, ty wikingu!"             
„Kazimierzu, skąd ta forsa?”

 

Czy można napisać o Mieszku I lub Kazimierzu Wielkim tak, żeby dziecko czytało z wypiekami na twarzy? Otóż można. Całkiem niedawno trafiliśmy na serię „Ale historia…” Grażyny Bąkiewicz. Jest to seria raczkująca, bowiem liczy dopiero dwie pozycje, ale po cichu liczymy na więcej. Opowiedziane w bardzo dowcipny sposób, okraszone zabawnymi komiksami, a jednocześnie wyjaśniające wszelkie historyczne zawiłości. Uwielbiam książki, które w sposób niekonwencjonalny przemycają wiadomości, które potem przydają się w szkole i w życiu. Z doświadczenia wiem, że historii najlepiej uczyło mi się z komiksów i książek o Panu Samochodziku. Dlatego polecam. Kto wie, może dzięki tej serii wiele dzieciaków polubi historię?




Aaaa…. Byłabym zapomniała. Jeśli szukacie dobrych i tanich księgarni internetowych, to polecam:
 


Życzę miłego wirtualnego polowania!



czwartek, 17 listopada 2016

 Głębia smaku

Co odczuwamy próbując nowych potraw? Zaskoczenie? Zawód? Poznawanie nowych smaków można porównać do odkrywania siebie. Kiedy zobaczymy w sobie dobrą cechę, jesteśmy szczęśliwi. Natomiast jeżeli odkryjemy w sobie wadę, jesteśmy zawiedzeni. Ale czy człowiek może być idealny? Sądzę, że to nie jest możliwe, bo każdy człowiek ma jakieś wady i zalety.

"Gorzka czekolada i inne opowiadania o ważnych sprawach"

 


Ostatnio przeczytałem książkę pt. "Gorzka czekolada". Jest ona zbiorem krótkich opowiadań napisanych przez różnych autorów, np. Andrzeja Maleszkę lub Barbarę Kosmowską. Zainteresował mnie bardzo tytuł tej książki, bo gorzka czekolada oznacza dla mnie coś, co wydaje się słodkie, a tak naprawdę takie nie jest. Znałem też niektórych autorów opowiadań. Wszystkie historie w tej książce opowiadają o młodzieży, która przeżywa trudne sytuacje. Najczęściej powodem różnych smutków i wypadków jest sam bohater, który przez swoje wady popełnia błędy, ale potem je poprawia.

Każda historia opowiada o jakiejś wartości, która jest bardzo ważna w życiu. Na początku każdego opowiadania możemy przeczytać definicję wartości, która będzie przedstawiona w historyjce, np. sprawiedliwość, mądrość, przyzwoitość, uczciwość i samodyscyplina.
Moje ulubione opowiadanie nosi tytuł "Kacper" i opowiada o odwadze cywilnej, która pozwala nam wypowiadać swoje zdanie i bronić własnych racji. Kacper był samotnym chłopcem, który nie miał przyjaciół, a zawsze chciał ich mieć. Zawsze podziwiał swojego starszego brata Maćka za to, że był silny i miał wielu przyjaciół. Pewnego dnia jego starszy brat obiecał mu, że zabierze go na spotkanie ze swoimi kolegami. Koledzy Maćka z początku ignorowali Kacpra, ale potem zaczęli na niego zwracać uwagę. Wiedzieli, że on zawsze będzie razem z nimi.

Na początku wakacji chłopcy poszli świętować koniec roku szkolnego. Pojechali na działkę, żeby zrobić ognisko i upiec kiełbaski. Nagle pojawił się biedny, wychudzony piesek, który podkradł kiełbaskę. Wtedy przyjaciel Maćka bardzo się zdenerwował i przywiązał psa do drzewa. Zwierzak zaczął skomleć i widocznie błagał o pomoc. Kacper miał dobre serduszko i bardzo chciał pomóc pieskowi, ale bardzo chciał dalej przyjaźnić się z kolegami Maćka i trochę się ich bał. Chłopiec podjął jednak odważną decyzję i uwolnił psa, a sam zaczął uciekać. Kiedy biegł, słyszał ciągle złe słowa na swój temat. Po jakimś czasie dołączył do niego jego brat i pies. Uważam, że Kacper zachował się bardzo odważnie, bo wybrał dobro. Wiedział, że straci tych "przyjaciół", ale zrozumiał, że musi uratować biednego psa.
Książka bardzo mi się podobała, a szczególnie to, że każde opowiadanie jest inne i dotyczy innej osoby i innego problemu. Myślę, że mógłbym ją polecić każdemu, nawet temu, kto nie czyta zbyt dużo, bo każdy znajdzie coś dla siebie.



piątek, 4 listopada 2016

Za co pokochałam profesorową Szczupaczyńską


Piątkowy wieczór. Czy może być coś piękniejszego niż wizja wolnego weekendu, podczas którego można się zakopać w fotelu z filiżanką herbaty i książką w ręku? Jeśli jeszcze nie dokonaliście wyboru lektury, chciałabym Wam kogoś przedstawić. Oto ona: Profesorowa Zofia Szczupaczyńska!
Moja absolutna faworytka do tytułu najlepszej bohaterki literackiej roku. Kobieta na miarę swoich czasów, zajęta sprawami absolutnie ważnymi, takimi jak wybór wina na kolację, przygotowanie pulardy (nie wiecie co to pularda? nie szkodzi, potem zajrzycie do wikipedii), pilnowanie służby, dbanie o domowy mir... A wszystko to w Krakowie u schyłku XIX wieku. Zofię Szczupaczyńską poznałam sięgając kilka miesięcy temu po pewną książkę...

Tajemnica domu Helclów, autor: Maryla Szymiczkowa

Na początku muszę wyjaśnić, że autorka - Maryla Szymiczkowa to pseudonim literacki dwóch panów: Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Tego pierwszego cenię za niesamowitą "Lalę", drugiego poznałam dopiero przy lekturze książek autorstwa Maryli Szymiczkowej. 

Po "Tajemnicę domu Helclów" sięgnęłam głównie dlatego, że zapowiadana była jako kryminał w stylu retro. Cóż.. chciałam kryminału, a trafiłam na perełkę. Tak naprawdę to z kryminałem książka ma niewiele wspólnego. Owszem jest zabójstwo, jest tajemnica, jest śledztwo. Ale jeśli nastawiacie się na typowy kryminał, to się zawiedziecie. 

Siłą tej książki jest niebywale drobiazgowe i humorystyczne pokazanie realiów Krakowa z końca XIX wieku. Główna bohaterka, wspomniana już przeze mnie Zofia Szczupaczyńska jest typową panią z zamożnego, inteligenckiego domu. Jej mąż - Ignacy, to profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego kariera jest oczkiem w głowie Zofii. Bohaterkę pochłaniają czynności określane jako "dbanie o domowe ognisko". I wywiązuje się ze swoich obowiązków nasza Profesorowa znakomicie. Tylko pewnego dnia zostaje wplątana w zaginięcie jednej z pensjonariuszek w tytułowym domu Helclów, placówki mającej opinię dobrego domu spokojnej starości. W Profesorowej ożywa żyłka detektywistyczna. I już nic nie jest w stanie powstrzymać jej żywej inteligencji i upartego dążenia do wyjaśnienia zagadki. 

Co mnie w tej książce urzekło? Ano Kraków i jego historia. Panowie autorzy w sposób mistrzowski odtworzyli atmosferę, i tamtych lat, i tamtego miejsca. Myślę, że dla mieszkańców Krakowa czytanie tej książki musi być tysiąc razy większą frajdą, bo znają doskonale topografię miasta i pewnie lepiej niż ja, jego historię. Niemniej i ja bawiłam się przy lekturze niesamowicie. Ilość odniesień i sugestii, język godny pozazdroszczenia, autentyczne artykuły prasowe czytane przez Ignacego w krakowskim
"Czasie", postaci historyczne, które pojawiają się na kartach powieści, wszystko to sprawiło, że dostałam kawał świetnej literatury, którą z czystym sumieniem polecam. 

A że się uśmiałam? A jak się nie uśmiać skoro w tekście znajdujemy takie skarby: 
"W życiu Zofii Szczupaczyńskiej istniały świętości większe niż hostia w podniesieniu i należał do nich porządny niedzielny obiad, a zatem i równie porządne sobotnie sprawunki."

"W Krakowie 'przebaczenie' było wyłącznie terminem teologicznym, bez praktycznego zastosowania w życiu codziennym."

"Jak wszyscy inteligentni ludzie znakomicie sobie radziła z samooszukiwaniem."
"Mordowanie kucharek w czasach, kiedy tak trudno o służbę z prawdziwego zdarzenia, kiedy do pracy zgłaszają się same garkotłuki, nieumiejące odróżnić szparaga od sznurka, wydawało się Szczupaczyńskiej nie tylko zbrodnią, ale i aktem oburzającego marnotrawstwa."

"- A co, jeśli zmarły wygląda zdrowo? - naciskała profesorowa.
- Zdrowo - zmarszczył czoło Iwaniec - żaden zmarły nie wygląda zdrowo. Ustanie życia jest objawem zdecydowanego braku zdrowia. Definitywnego, rzekłbym."

Dlatego też, kiedy całkiem niedawno ukazała się druga część przygód Szczupaczyńskiej, rzuciłam się na nią bez zastanowienia...

Rozdarta zasłona, autor: Maryla Szymiczkowa

Śmiem twierdzić, że druga część jest nawet lepsza niż pierwsza. I to z wielu względów. Przede wszystkim pojawia się zdecydowanie ciekawszy wątek kryminalny. Poza tym profesorowa przechodzi swoistą przemianę, ba! w jej mózgu zaczyna się rodzić pewne podejrzenie, które towarzyszy nam przez całą lekturę - ale o tym później! Znakomite też są wtręty dotyczące płciowości, które doprowadziły mnie do tego, że popłakałam się ze śmiechu ("Już sama woń odziewna takiej czystej dziewicy ma nadzwyczajną czystość i delikatność, dochodzącą prawie do bezwonności"...).

Wielkanoc 1895 roku zostaje zakłócona morderstwem młodej kobiety, którą okaże się służąca Szczupaczyńskich - Karolcia Szulcówna. Tak rozpoczyna się wątek kryminalny w powieści i jest on naprawdę świetnie poprowadzony. Profesorowa, uwikłana od samego początku w sprawę, podejmuje po raz kolejny własne śledztwo, które okazuje się skuteczniejsze niż postępowanie prowadzone przez krakowską policję. Razem z bohaterką poznajemy "nieco zakazane" rejony Krakowa i "ciemne sprawki", które dla porządnych kobiet powinny na zawsze pozostać tajemnicą. Autorzy znowu bezbłędnie opowiadają o Krakowie, o autentycznych postaciach (Daszyński, Estreicher, Puzyna), cytują fragmenty gazet, kolorują wszystkie warstwy społeczne. 

Zofia Szczupaczyńska natomiast doznaje powolnej przemiany. Jak już wspomniałam, rodzi się w niej pewne zatrważające przypuszczenie. A może mózg kobiet jest jednak podobny do mózgu mężczyzny? Może miejsce kobiety to niekoniecznie tylko dom? Zabawne jest śledzenie toku rozumowania bohaterki, tym bardziej, że w zacofanej Galicji zaczynają się rodzić nieśmiało ruchy emancypacyjne... Czyżby więc Zofia nie ustępowała intelektem Ignacemu? Wiem, wiem, dzisiaj to śmieszne, ale dla naszej bohaterki był to prawdziwy szok poznawczy! Na koniec  profesorowa pozwala sobie nawet na nieposłuszeństwo i ironię. Zasłona została rozdarta, a oczom naiwnej pani domu ukazał się Kraków w pełnej krasie. Niekoniecznie niestety tak piękny, jak myślała...

Podziwiam autorów za świetne przemycanie tekstów z klasyków (Mickiewiczowskie "skąd ułani wracali" lub "Zofia wypłynęła na szeroki przestwór głównego placu..."), ironię i podteksty "wiadomo było, że w Wadowicach nic ciekawego się nie urodzi", dzięki temu czytanie książki to prawdziwa frajda.

Dopiero co skończyłam drugą część, a już zaczynam tęsknić za Zofią Szczupaczyńską. Polubiłam ją, jak najlepszą przyjaciółkę.

Jabłko wyborne, jego smak docenią zwłaszcza ci, którym ironia i dystans nieobce...