środa, 31 sierpnia 2016

Nie oceniaj książki po okładce - recenzje Olka

 

"Cud chłopak" autor: R.J.Palacio

Większość książek dla młodzieży opowiada o rozmaitych dzieciach, które przeżyły niesamowite historie, na przykład same przeżyły na wyspie, uratowały miasto przed wybuchem bomby i wiele, wiele innych. Ale książka " Cud chłopak '' różni się od pozostałych.

Ta książka opowiada o zwykłym chłopcu, no PRAWIE zwykłym. Na imię ma August i nigdy nie chodził do szkoły. Dlaczego? Ponieważ August wygląda inaczej niż inne dzieci. Uczyła go mama, w domu. Ale w końcu August musiał pójść do szkoły. Trafił do klasy, w której miał paru przyjaciół, ale miał też wrogów. Niektórzy koledzy śmiali się z Augusta ponieważ chłopiec miał zdeformowaną twarz (po wielu operacjach).

Ale ta książka opowiada nie tylko o Auguście. Opowiada także o wielu innych dzieciach, które August poznał. 

Książka bardzo mi się podobała, ponieważ uczy nas, że nawet jeżeli osoba z zewnątrz wygląda brzydko, to nie znaczy, że jest taka wewnątrz.


środa, 24 sierpnia 2016

Pozory mylą...

Tak sobie pomyślałam po przeczytaniu książki Marii Nurowskiej "Bohaterowie są zmęczeni".

Leona Niemczyka nie trzeba chyba przedstawiać nikomu. Znany kilku pokoleniom Polaków, zmarły przed 10-ciu laty aktor, nigdy nie budził we mnie cieplejszych uczuć. Kojarzył mi się zawsze z nieco zarozumiałym i zapatrzonym w siebie samcem, którego głównym życiowym celem jest uwodzenie i zdobywanie kobiet (6 żon, 5 rozwodów mówi wiele). Nie byłam fanką jego talentu, choć podobno gdyby się urodził w Ameryce, zrobiłby niesamowitą karierę. Tak twierdzą znawcy, do których się nie zaliczam.

Kojarzę go głównie w roli Filipa Golarza z "Akademii Pana Kleksa", postaci, której się trochę bałam dzieckiem będąc.

Ale pamiętam go także doskonale z filmu "Nóż w wodzie", który obejrzałam na początku studiów w nieistniejącym już genialnym kinie "Rejs" (tanie bilety i ambitne kino). I jakoś z tą rolą go utożsamiam... Z czarno-białym zdjęciem.

A Nurowska w swojej książce - mini biografii - udowadnia, że wcale postacią biało - czarną nie był.

Nie przepadam też za samą Nurowską, choć wiem, że ma ona swoich wielbicieli. I w tej powieści również jej styl nie zachwyca.

Nielubiany aktor, niezachwycająca autorka, po co zatem sięgać po książkę? Ano właśnie. Do przeczytania "Bohaterów" zachęciła mnie moja koleżanka Marta. A że lubię tajemnicze historie, które wydarzyły się naprawdę, historie, które czasem potrafią zmienić coś w naszym zero-jedynkowym spojrzeniu na poszczególnych ludzi, postanowiłam zaryzykować.

Książka składa się właściwie z dwóch części, dwóch oddzielnych biografii braci Niemczyków. Tak, tak, braci. Bo okazuje się, że Leon Niemczyk miał aż 3 braci, a z jednym z nich - Ludwikiem połączyła go dziwna historia niedopowiedzeń i zdrady.

W pierwszej części książki poznajemy Leona. Tutaj mam Nurowskiej do zarzucenia wiele, bo forma quasi- wywiadu średnio do mnie przemawia. I obraz Leona wychodzi jakiś taki poszarpany. A może i przez to prawdziwy? Trudna rzeczywistość, w której przyszło żyć aktorowi, Powstanie Warszawskie, tułaczka po Europie, powrót do kraju i wreszcie punkt kulminacyjny w książce - nieudana próba ucieczki z socjalistycznej ojczyzny...

Druga część to wspomnienia drugiego z braci - Ludwika. Jego losy są jeszcze bardziej dramatyczne, choć to on jest tym "mniej znanym" bratem Niemczykiem....

Drogi braci rozchodzą się w dniu, kiedy podczas nieudanej przeprawy przez zieloną granicę, zostają ujęci przez służby bezpieczeństwa. Dziwnym trafem Leon wychodzi po paru dniach. Ludwik płaci o wiele wyższą cenę... Kto zdradził? Kto żył z poczuciem winy? Czy drogi braci miały szansę się jeszcze przeciąć? W sumie nic w tej książce nie jest jednoznaczne do końca.

Wreszcie pytanie, czy warto przeczytać? Myślę, że tak.
Mimo, iż to jabłko momentami kwaśne.




środa, 17 sierpnia 2016

Miasto bohater

Miasto bohater

Czy konkretne miasto może stać się głównym bohaterem książki? Czy stanowi tylko miejsce do snucia kolejnych fikcyjnych historii? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Zawsze lubiłam powieści, które mocno zakorzeniały się w konkretnym, realnym miejscu. Najlepiej w takim, które z łatwością można znaleźć na mapie i snuć wizje zobaczenia ich w rzeczywistości. Tych miejsc, w których bliscy nam bohaterowie fikcyjni żyli, przeżywali swoje smutki i radości, tych konkretnych ulic, zaułków, domów...





Czy będąc w Londynie nie pójdziemy na  Baker Street 221 B, aby dojrzeć choć cień Sherlocka Holmesa? Dziś zresztą mieści się tam muzeum, a pobliska stacja metra nosi nazwę ulicy, przy której mieszkał najsłynniejszy bodaj detektyw świata.  



 Pamiętam, że miałam wśród znajomych ludzi zupełnie zafiksowanych książką Umerto Eco "Wahadło Foucaulta". Po powrocie z Paryża najbardziej zafascynowani byli zdjęciami, które odnosiły ich bezpośrednio do miejsc opisanych przez autora w książce. Sam Eco zresztą w "Sześciu przechadzkach po lesie fikcji" opisuje przypadek czytelnika, który z paranoiczną wręcz dokładnością prześledził ścieżki pokonywane przez Casabouna pewnej czerwcowej nocy opisywanej w "Wahadle". Pokusił się nawet o przeczytanie gazet z tamtego okresu i zarzucił autorowi, że bohater nie zauważył pożaru, który wybuchł mniej więcej w tym samym czasie na trasie wędrówki tegoż... Eco przyznaje, że czytelnik powieści fikcyjnej powinien zawiesić w trakcie lektury swoje wyobrażenie o opisywanym miejscu jako prawdziwym i potraktować je bardziej umownie... (Zainteresowanych innymi ciekawymi rozważaniami o fikcji zachęcam do przeczytania "Sześciu przechadzek", na pewno nie pożałujecie).

Może włoski semiolog ma rację, ale co jeśli jednak w tytule powieści pojawia się nazwa miasta? Co jeśli to miasto jest niemym bohaterem wszelkich wydarzeń? Jeśli nie jest jedynie miejscem i okolicznością, a gra główną rolę? 

Pod koniec ubiegłego roku trafiłam na książkę Edwarda Ruthefurda "Paryż", a potem kompletnie pochłonięta przez tę lekturę, sięgnęłam po "Nowy Jork". I nie potrafiłam oddzielić tych miast, które istnieją rzeczywiście od miast, które są miejscem wydarzeń fikcyjnych. Więc cóż, sorry Umberto...

 

"Paryż", autor: Edward Ruthefurd

 
Paryż... miasto świateł. Miasto mit, miasto, o którym marzymy i w którym można się w jednej chwili zakochać. Sięgnęłam po książkę zupełnie nieznanego mi pisarza i wpadałam po uszy. W tej powieści czuje się rytm stolicy Francji, czuje się zapachy i widzi się jak miasto rosło i piękniało, jak Historia je zmieniała i jak stało się takim, jakie je mamy teraz.

Smakowita książka! Uwielbiam takie wielostronnicowe sagi rodzinne z Wielką Historią w tle. Objętość książki może przerażać, szczególnie jeśli czytamy w komunikacji miejskiej. Ale od czego są ebooki? Czyta się jednym tchem. W dodatku ten Paryż na przestrzeni wieków.... Sporo wątków, nazwisk, miejsc. No i brak chronologii czasowej. Ale wszystko jest do ogarnięcia i składa się w jedną całość.  To książka z cyklu: jak trudno wyjść ze świata powieści i wrócić do rzeczywistości. 

Duże, dorodne, dojrzałe jabłko, które czasem połyka się wielkimi gryzami, a czasem wręcz przeciwnie niespiesznie delektuje się jego smakiem. Polecam wszystkim, a szczególnie frankofilom i zakochanym w Paryżu.

"Nowy Jork", autor: Edward Ruthefurd

Przyznaję, że po rewelacyjnym "Paryżu", spodziewałam się równie rewelacyjnego "Nowego Jorku". Niestety, według mnie książka słabsza od poprzedniej, co nie oznacza, że zła... Czyta się całkiem przyjemnie, ale nie ma tu już tej niesamowitej chęci poznania ciągu dalszego. No i sama historia miasta mniej fascynująca. 

A przecież Nowy Jork to miasto niesamowite! Miasto wielu kultur, miasto, w którym spełniają się marzenia, do którego ludzie wyjeżdżają po lepsze jutro...

Powieść skonstruowana jest podobnie jak "Paryż". Mamy tu losy kilku rodzin przedstawione na przestrzeni dziejów. Oczywiście losy rodzin splatają się ze sobą, a wszystko to na tle powstania, przeobrażeń i rozwoju Nowego Jorku.

Duży plus za całkiem przystępnie opowiedzianą historię Stanów Zjednoczonych w ogóle. Zabrakło mi historii związanych z Kingiem i sprawą segregacji rasowej. No i 11 września 2001... Trochę ogólnikowo. Tak, jakby autor spieszył się już, żeby powieść zakończyć (może słusznie, bo ma zaledwie... 1040 stron, dziękuję ci mój kindelku).

Jabłko może niedoskonałe, ale zjadliwe. 

Liczę na to, że tak jabłonka jeszcze coś urodzi. Jesienią powinno spaść z niej jabłko o szlachetnej nazwie "Londyn". Czekam niecierpliwie i mam nadzieję, że nie będzie to owoc, który zaledwie nadgryzę.










poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Literatura na wojnie

Z czytaniem o wojnie mam pewien problem. Myślę zresztą, że nie ja jedna. Zastanawialiście się czasem, jak to jest, że ludzie czerpią przyjemność z czytania kryminałów, thrillerów, horrorów i innych okropności? Przyznaję się od razu: uwielbiam książki o zbrodniach, okrucieństwie, obrzydliwościach... no lubię i już. Dlaczego zatem literatura wojenna sprawia mi pewną trudność? Cóż, pewnie dlatego, że w tym przypadku w lesie fikcji trafiamy na polanki prawdy historycznej i mam tu na myśli Historię przez wielkie H, w której toczą się poszczególne historie (te na małe h) pojedynczych postaci wymyślonych przez autora. Kiedy czytam kryminał, wiem, że prawdopodobieństwo zaistnienia w rzeczywistości opisywanych zdarzeń jest mniej więcej takie, jak trafienie szóstki w totka, no dobra - piątki. Kiedy akcja książki osadzona jest w realiach wojennych (mam tu na myśli II wojnę światową, ale nie tylko), prawdopodobieństwo zaczyna się niebezpiecznie zbliżać do poziomu pewności, który ciężko zaakceptować.

Dlatego czytanie o wojnie boli. Nawet najbardziej fikcyjna historia miała prawo zaistnieć naprawdę. A zaakceptowanie okrucieństwa, które człowiek może wyrządzić drugiemu człowiekowi czasami po prostu wymaga odwagi. Albo pokory.

Tak się jednak ostatnio złożyło, że w moje ręce wpadło kilka książek o wojnie pod rząd...

Paryski architekt, autor: Charles Belfoure

 Okupacja we Francji kojarzy mi się zawsze z serialem "Alo, alo". Wiem, to trochę niesprawiedliwy obraz wojennej rzeczywistości w kraju, który zresztą bardzo kocham. Ale trzeba przyznać, że mentalność Francuzów na pewno miała wpływ na sytuację w okupowanym Paryżu. Zresztą, ta książka wcale nie przeczy mojej tezie. Nawet "ruch oporu" przedstawiony jest w niezbyt ciekawym świetle. 

Młody, obiecujący architekt, żyjący sobie dość swobodnie w okupowanej stolicy Francji dostaje niepodziewanie bardzo intratne zlecenie - zbudowania niemieckiej fabryki produkującej broń. Zlecenie ma jednak drugie dno. Zamożny przemysłowiec, który zatrudnia architekta proponuje mu przy okazji inny, bardziej korzystny finansowo interes - zbudowanie wymyślnej skrytki do ukrywania jego żydowskiego przyjaciela. I tak zaczyna się cała seria wydarzeń, które zmieniają nastawienie architekta do kwestii żydowskiej i postrzegania rzeczywistości wojennej... 

Razi w tej książce schematyzm i płaska fabuła. Domyślam się, że autor miał nieco inne zamiary, ale chyba gdzieś na etapie redakcji zabrakło kilku słów krytyki. Nawet sceny, które chyba w zamierzeniu miały być zatrważające, pozbawione są tego emocjonalnego ładunku, który zazwyczaj towarzyszy lekturze opisującej wojenne przeżycia.

Powiedziałabym, że to jabłko niedojrzałe. Może gdyby ktoś pozwolił mu powisieć na gałęzi parę dni dłużej, dojrzeć tak, by jego smak był niezapomniany, mogłoby się udać. A tak? Co najwyżej do szybkiego przeczytania i zapomnienia. 

Igrając z ogniem, autor: Tess Gerritsen


Czekałam na nową książkę Tess Gerritsen z wielką niecierpliwością.
Jestem bowiem wielką fanką jej kryminałów, szczególnie zaś serii z Isles i Rizzoli, na podstawie której powstał nawet serial telewizyjny "Partnerki". Zawsze podziwiałam autorkę za jej umiejętność trzymania czytelnika w napięciu i stwarzania klimatu, który czasem powodował, że bałam się zasnąć. 

"Igrając z ogniem" to trochę nietypowa jak na Gerritsen książka (choć nie zapominajmy tu o znakomitym "Ogrodzie kości"). Autorka próbuje połączyć dwie historie, które dzieją się w innych przestrzeniach czasowych, a których wspólnym łącznikiem jest utwór muzyczny "Incendio".

 Bohaterką współczesną jest Julia Ansdell, skrzypaczka, która podczas pobytu we Włoszech kupuje w antykwariacie zbiór starych cygańskich melodii. W książeczce znajduje napisany ręcznie utwór "Incendio" nieznanego jej autora. Po powrocie do domu, do Stanów, gra utwór na skrzypcach. Melodia prowokuje bardzo dziwne zachowanie trzyletniej córki Julii. Po serii dość dziwnych zdarzeń, Julia próbuje odtworzyć historię powstania utworu i dowiedzieć się czegoś więcej o jego autorze. 

Drugi tor narracyjny prowadzi nas do Włoch z okresu lat 30-tych i 40-tych ubiegłego wieku. Jak się łatwo domyślić, bohaterem czasów przeszłych jest autor utworu, młody zdolny muzyk - Lorenzo Todesco. Niestety Lorenzo jest Żydem, a jak wiemy, czasy, w których przyszło mu żyć, nie były przyjazne dla reprezentanta jego narodu.

Wydawałoby się, że pomysł bardzo dobry. Jest tajemniczy utwór, jest trwoga wojennych przeżyć w pięknej Wenecji, jest dziwne, niewytłumaczalne zachowanie dziecka współczesnej bohaterki... A jednak. Aż trudno mi uwierzyć, ale Tess Gerritsen nie sprostała zadaniu. Historia, szczególnie ta współczesna jest tak banalna i płaska, że momentami zastanawiałam się, jak to możliwe, że autorka, która ma na swoim koncie znakomite thrillery, raczy mnie czymś tak obraźliwie banalnym? Zawiodłam się. I to bardzo. 

Są jednak plusy tej lektury. Historia wojenna uświadomiła mi, że bardzo mało wiem o losach włoskich Żydów. I przy następnej wizycie w Wenecji zamierzam zobaczyć miejsca opisane przez autorkę.

Cóż, ta powieść to jabłko robaczywe. Na zewnątrz wygląda pięknie, niestety już po kilku "gryzach" wiemy, że powinniśmy je porzucić. Zjadamy tylko dlatego, że poprzednie jabłka z tej jabłonki nie zawodziły swoim smakiem. 


"Światło, którego nie widać", autor: Anthony Doerr


 
Uwielbiam taki rodzaj narracji... Prowadzona dwutorowo (a nawet wielotorowo, jakby się dobrze zastanowić), oszczędna w słowach, a jednak trafiająca w samo sedno. Zapadająca gdzieś głęboko w pamięć. 

I  w tej powieści mamy dwoje głównych bohaterów. Niewidoma dziewczyna, poznająca świat za pomocą dotyku, węchu i słuchu. I utalentowany chłopiec fascynujący się światem zjawisk fizycznych. Francuzka, kochana przez ojca, otoczona miłością. Niemiec, sierota, kochany jedynie przez siostrę. Ich drogi się przetną. W końcu cała narracja do tego prowadzi. Jak światło, którego nie widać... Wojna, zło, żądza władzy i nieśmiertelności. I nadzieja, że będzie zupełnie inaczej. A w tle krążąca legenda o szlachetnym kamieniu zapewniającym nieśmiertelność. 

Powiedziałabym, że jest to powieść doskonała. Powieść, która boli, ale do której chce się wrócić za jakiś czas. Mamy w niej wszystko. I odrobinę baśni i grozę istnienia. Wojna pokazana jest z dwóch stron. Z jednej mamy znowu okupowaną Francję, z drugiej Niemcy z czasów dojścia do władzy Hitlera. Mamy miłość i samotność. Mamy strach i ślepe posłuszeństwo. Wolę przeżycia. 
Nie będę zdradzać szczegółów. Uważam, że absolutnie trzeba przeczytać. 
Jabłko doskonałe.
 
"Czytać należy intensywnie. Czasami powinieneś czytać z intensywnością większą od tej, z jaką pisano tekst, który czytasz. Czytać należy gorliwie, z pasją, z uwagą i bezlitośnie. Autor może paplać, lecz ty czytaj rozumnie; każde słowo, jedno po drugim, tam i z powrotem, wsłuchując się w książkę, wypatrując śladów, które prowadzą w gąszcz, uważając na tajemnicze sygnały, które sam autor mógł przeoczyć, gdy kroczył naprzód w puszczy swojego dzieła. Nigdy nie należy czytać lekceważąco, od niechcenia, jak ktoś, kogo zaproszono na królewską ucztę, a on tylko dłubie końcem widelca w potrawach. Czytać trzeba elegancko, wielkodusznie. Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny. Czytać trzeba na śmierć i życie, bo to największy ludzki dar. Pomyśl: tylko człowiek umie czytać".

Sándor Márai