Literatura na wojnie
Z czytaniem o wojnie mam pewien problem. Myślę zresztą, że nie ja jedna. Zastanawialiście się czasem, jak to jest, że ludzie czerpią przyjemność z czytania kryminałów, thrillerów, horrorów i innych okropności? Przyznaję się od razu: uwielbiam książki o zbrodniach, okrucieństwie, obrzydliwościach... no lubię i już. Dlaczego zatem literatura wojenna sprawia mi pewną trudność? Cóż, pewnie dlatego, że w tym przypadku w lesie fikcji trafiamy na polanki prawdy historycznej i mam tu na myśli Historię przez wielkie H, w której toczą się poszczególne historie (te na małe h) pojedynczych postaci wymyślonych przez autora. Kiedy czytam kryminał, wiem, że prawdopodobieństwo zaistnienia w rzeczywistości opisywanych zdarzeń jest mniej więcej takie, jak trafienie szóstki w totka, no dobra - piątki. Kiedy akcja książki osadzona jest w realiach wojennych (mam tu na myśli II wojnę światową, ale nie tylko), prawdopodobieństwo zaczyna się niebezpiecznie zbliżać do poziomu pewności, który ciężko zaakceptować.
Dlatego czytanie o wojnie boli. Nawet najbardziej fikcyjna historia miała prawo zaistnieć naprawdę. A zaakceptowanie okrucieństwa, które człowiek może wyrządzić drugiemu człowiekowi czasami po prostu wymaga odwagi. Albo pokory.
Tak się jednak ostatnio złożyło, że w moje ręce wpadło kilka książek o wojnie pod rząd...
Paryski architekt, autor: Charles Belfoure
Okupacja we Francji kojarzy mi się zawsze z serialem "Alo, alo". Wiem, to trochę niesprawiedliwy obraz wojennej rzeczywistości w kraju, który zresztą bardzo kocham. Ale trzeba przyznać, że mentalność Francuzów na pewno miała wpływ na sytuację w okupowanym Paryżu. Zresztą, ta książka wcale nie przeczy mojej tezie. Nawet "ruch oporu" przedstawiony jest w niezbyt ciekawym świetle.
Młody, obiecujący architekt, żyjący sobie dość swobodnie w okupowanej stolicy Francji dostaje niepodziewanie bardzo intratne zlecenie - zbudowania niemieckiej fabryki produkującej broń. Zlecenie ma jednak drugie dno. Zamożny przemysłowiec, który zatrudnia architekta proponuje mu przy okazji inny, bardziej korzystny finansowo interes - zbudowanie wymyślnej skrytki do ukrywania jego żydowskiego przyjaciela. I tak zaczyna się cała seria wydarzeń, które zmieniają nastawienie architekta do kwestii żydowskiej i postrzegania rzeczywistości wojennej...
Razi w tej książce schematyzm i płaska fabuła. Domyślam się, że autor miał nieco inne zamiary, ale chyba gdzieś na etapie redakcji zabrakło kilku słów krytyki. Nawet sceny, które chyba w zamierzeniu miały być zatrważające, pozbawione są tego emocjonalnego ładunku, który zazwyczaj towarzyszy lekturze opisującej wojenne przeżycia.
Powiedziałabym, że to jabłko niedojrzałe. Może gdyby ktoś pozwolił mu powisieć na gałęzi parę dni dłużej, dojrzeć tak, by jego smak był niezapomniany, mogłoby się udać. A tak? Co najwyżej do szybkiego przeczytania i zapomnienia.
Igrając z ogniem, autor: Tess Gerritsen
Czekałam na nową książkę Tess Gerritsen z wielką niecierpliwością.
Jestem bowiem wielką fanką jej kryminałów, szczególnie zaś serii z Isles i Rizzoli, na podstawie której powstał nawet serial telewizyjny "Partnerki". Zawsze podziwiałam autorkę za jej umiejętność trzymania czytelnika w napięciu i stwarzania klimatu, który czasem powodował, że bałam się zasnąć.
"Igrając z ogniem" to trochę nietypowa jak na Gerritsen książka (choć nie zapominajmy tu o znakomitym "Ogrodzie kości"). Autorka próbuje połączyć dwie historie, które dzieją się w innych przestrzeniach czasowych, a których wspólnym łącznikiem jest utwór muzyczny "Incendio".
Bohaterką współczesną jest Julia Ansdell, skrzypaczka, która podczas pobytu we Włoszech kupuje w antykwariacie zbiór starych cygańskich melodii. W książeczce znajduje napisany ręcznie utwór "Incendio" nieznanego jej autora. Po powrocie do domu, do Stanów, gra utwór na skrzypcach. Melodia prowokuje bardzo dziwne zachowanie trzyletniej córki Julii. Po serii dość dziwnych zdarzeń, Julia próbuje odtworzyć historię powstania utworu i dowiedzieć się czegoś więcej o jego autorze.
Drugi tor narracyjny prowadzi nas do Włoch z okresu lat 30-tych i 40-tych ubiegłego wieku. Jak się łatwo domyślić, bohaterem czasów przeszłych jest autor utworu, młody zdolny muzyk - Lorenzo Todesco. Niestety Lorenzo jest Żydem, a jak wiemy, czasy, w których przyszło mu żyć, nie były przyjazne dla reprezentanta jego narodu.
Wydawałoby się, że pomysł bardzo dobry. Jest tajemniczy utwór, jest trwoga wojennych przeżyć w pięknej Wenecji, jest dziwne, niewytłumaczalne zachowanie dziecka współczesnej bohaterki... A jednak. Aż trudno mi uwierzyć, ale Tess Gerritsen nie sprostała zadaniu. Historia, szczególnie ta współczesna jest tak banalna i płaska, że momentami zastanawiałam się, jak to możliwe, że autorka, która ma na swoim koncie znakomite thrillery, raczy mnie czymś tak obraźliwie banalnym? Zawiodłam się. I to bardzo.
Są jednak plusy tej lektury. Historia wojenna uświadomiła mi, że bardzo mało wiem o losach włoskich Żydów. I przy następnej wizycie w Wenecji zamierzam zobaczyć miejsca opisane przez autorkę.
Cóż, ta powieść to jabłko robaczywe. Na zewnątrz wygląda pięknie, niestety już po kilku "gryzach" wiemy, że powinniśmy je porzucić. Zjadamy tylko dlatego, że poprzednie jabłka z tej jabłonki nie zawodziły swoim smakiem.
"Światło, którego nie widać", autor: Anthony Doerr
Uwielbiam taki rodzaj narracji... Prowadzona dwutorowo (a nawet wielotorowo, jakby się dobrze zastanowić), oszczędna w słowach, a jednak trafiająca w samo sedno. Zapadająca gdzieś głęboko w pamięć.
I w tej powieści mamy dwoje głównych bohaterów. Niewidoma dziewczyna, poznająca świat za pomocą dotyku, węchu i słuchu. I utalentowany chłopiec fascynujący się światem zjawisk fizycznych. Francuzka, kochana przez ojca, otoczona miłością. Niemiec, sierota, kochany jedynie przez siostrę. Ich drogi się przetną. W końcu cała narracja do tego prowadzi. Jak światło, którego nie widać... Wojna, zło, żądza władzy i nieśmiertelności. I nadzieja, że będzie zupełnie inaczej. A w tle krążąca legenda o szlachetnym kamieniu zapewniającym nieśmiertelność.
Powiedziałabym, że jest to powieść doskonała. Powieść, która boli, ale do której chce się wrócić za jakiś czas. Mamy w niej wszystko. I odrobinę baśni i grozę istnienia. Wojna pokazana jest z dwóch stron. Z jednej mamy znowu okupowaną Francję, z drugiej Niemcy z czasów dojścia do władzy Hitlera. Mamy miłość i samotność. Mamy strach i ślepe posłuszeństwo. Wolę przeżycia.
Nie będę zdradzać szczegółów. Uważam, że absolutnie trzeba przeczytać.
Jabłko doskonałe.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz