Miasto bohater
Czy konkretne miasto może stać się głównym bohaterem książki? Czy stanowi tylko miejsce do snucia kolejnych fikcyjnych historii? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Zawsze lubiłam powieści, które mocno zakorzeniały się w konkretnym, realnym miejscu. Najlepiej w takim, które z łatwością można znaleźć na mapie i snuć wizje zobaczenia ich w rzeczywistości. Tych miejsc, w których bliscy nam bohaterowie fikcyjni żyli, przeżywali swoje smutki i radości, tych konkretnych ulic, zaułków, domów...
Czy będąc w Londynie nie pójdziemy na Baker Street 221 B, aby dojrzeć
choć cień Sherlocka Holmesa? Dziś zresztą mieści się tam muzeum, a
pobliska stacja metra nosi nazwę ulicy, przy której mieszkał
najsłynniejszy bodaj detektyw świata.
Pamiętam, że miałam wśród znajomych ludzi zupełnie zafiksowanych książką Umerto Eco "Wahadło Foucaulta". Po powrocie z Paryża najbardziej zafascynowani byli zdjęciami, które odnosiły ich bezpośrednio do miejsc opisanych przez autora w książce. Sam Eco zresztą w "Sześciu przechadzkach po lesie fikcji" opisuje przypadek czytelnika, który z paranoiczną wręcz dokładnością prześledził ścieżki pokonywane przez Casabouna pewnej czerwcowej nocy opisywanej w "Wahadle". Pokusił się nawet o przeczytanie gazet z tamtego okresu i zarzucił autorowi, że bohater nie zauważył pożaru, który wybuchł mniej więcej w tym samym czasie na trasie wędrówki tegoż... Eco przyznaje, że czytelnik powieści fikcyjnej powinien zawiesić w trakcie lektury swoje wyobrażenie o opisywanym miejscu jako prawdziwym i potraktować je bardziej umownie... (Zainteresowanych innymi ciekawymi rozważaniami o fikcji zachęcam do przeczytania "Sześciu przechadzek", na pewno nie pożałujecie).
Może włoski semiolog ma rację, ale co jeśli jednak w tytule powieści pojawia się nazwa miasta? Co jeśli to miasto jest niemym bohaterem wszelkich wydarzeń? Jeśli nie jest jedynie miejscem i okolicznością, a gra główną rolę?
Pod koniec ubiegłego roku trafiłam na książkę Edwarda Ruthefurda "Paryż", a potem kompletnie pochłonięta przez tę lekturę, sięgnęłam po "Nowy Jork". I nie potrafiłam oddzielić tych miast, które istnieją rzeczywiście od miast, które są miejscem wydarzeń fikcyjnych. Więc cóż, sorry Umberto...
"Paryż", autor: Edward Ruthefurd
Paryż... miasto świateł. Miasto mit, miasto, o którym marzymy i w którym można się w jednej chwili zakochać. Sięgnęłam po książkę zupełnie nieznanego mi pisarza i wpadałam po uszy. W tej powieści czuje się rytm stolicy Francji, czuje się zapachy i widzi się jak miasto rosło i piękniało, jak Historia je zmieniała i jak stało się takim, jakie je mamy teraz.
Smakowita książka! Uwielbiam takie wielostronnicowe sagi rodzinne z Wielką Historią w tle. Objętość książki może przerażać, szczególnie jeśli czytamy w komunikacji miejskiej. Ale od czego są ebooki? Czyta się jednym tchem. W dodatku ten Paryż na przestrzeni wieków.... Sporo wątków, nazwisk, miejsc. No i brak chronologii czasowej. Ale wszystko jest do ogarnięcia i składa się w jedną całość. To książka z cyklu: jak trudno wyjść ze świata powieści i wrócić do rzeczywistości.
Duże, dorodne, dojrzałe jabłko, które czasem połyka się wielkimi gryzami, a czasem wręcz przeciwnie niespiesznie delektuje się jego smakiem. Polecam wszystkim, a szczególnie frankofilom i zakochanym w Paryżu.
"Nowy Jork", autor: Edward Ruthefurd
Przyznaję, że po rewelacyjnym "Paryżu", spodziewałam się równie rewelacyjnego "Nowego Jorku". Niestety, według mnie książka słabsza od poprzedniej, co nie oznacza, że zła... Czyta się całkiem przyjemnie, ale nie ma tu już tej niesamowitej chęci poznania ciągu dalszego. No i sama historia miasta mniej fascynująca.
A przecież Nowy Jork to miasto niesamowite! Miasto wielu kultur, miasto, w którym spełniają się marzenia, do którego ludzie wyjeżdżają po lepsze jutro...
Powieść skonstruowana jest podobnie jak "Paryż". Mamy tu losy kilku rodzin przedstawione na przestrzeni dziejów. Oczywiście losy rodzin splatają się ze sobą, a wszystko to na tle powstania, przeobrażeń i rozwoju Nowego Jorku.
Duży plus za całkiem przystępnie opowiedzianą historię Stanów Zjednoczonych w ogóle. Zabrakło mi historii związanych z Kingiem i sprawą segregacji rasowej. No i 11 września 2001... Trochę ogólnikowo. Tak, jakby autor spieszył się już, żeby powieść zakończyć (może słusznie, bo ma zaledwie... 1040 stron, dziękuję ci mój kindelku).
Jabłko może niedoskonałe, ale zjadliwe.
Liczę na to, że tak jabłonka jeszcze coś urodzi. Jesienią powinno spaść z niej jabłko o szlachetnej nazwie "Londyn". Czekam niecierpliwie i mam nadzieję, że nie będzie to owoc, który zaledwie nadgryzę.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz