środa, 14 grudnia 2016

Przynieś mi książkę Święty Mikołaju



Przynieś mi książkę Święty Mikołaju…

Święta za pasem. Coraz mniej czasu. Nie wiem, jak Wy, ale ja od paru lat mam wrażenie, że grudzień to najgorszy miesiąc w roku. Najwięcej pracy, zajęć, obowiązków. W centrach handlowych totalny chaos, ludzie krążą z obłędem w oczach i szukają prezentów. A gdzieś tam po cichu rodzi się Bóg.
No nic, jeśli jeszcze nie kupiliście podarków dla najbliższych, to nie muszę chyba nikogo przekonywać, że najlepszym prezentem jest książka. Na szczęście, żeby ją kupić, nie trzeba wychodzić z domu. Księgarnie internetowe są dużo tańsze, a zakupy w nich to czysta przyjemność. Zero tłumów, hałasu, nachalnych „Jingle Bells” i innych świątecznych szlagierów. Można sobie zrobić kawkę i w domowym zaciszu kupić wszystko, czego dusza zapragnie (albo na ile finanse pozwolą).
Zatem, jeśli jeszcze nie kupiliście, może skusicie się na którąś z moich propozycji?
Zaczynam od dzieci, wszak one czekają na Mikołaja najbardziej.

Dla dzieci – tych mniejszych i tych większych

Kroniki Archeo, autor: Agnieszka Stelmaszyk

 


 

Jedna z naszych ulubionych serii książek przygodowych. Znakomicie napisana i świetnie wydana. Bohaterowie to rodzeństwo Ania i Bartek Ostrowscy oraz Mary Jane, Martin i Jim Gardner. Ci pierwsi pochodzą z Polski, ci drudzy z Anglii. Co ich łączy? Ich rodzice są archeologami i często razem pracują. W chwili obecnej na serię składa się 9 części. Można czytać chronologicznie (co polecam), albo w dowolnej kolejności. Jak dla mnie rewelacja! W każdej części dzieci rozwiązują inną zagadkę historyczną. Oprócz świetnie poprowadzonej narracji i wciągającej fabuły, w książce na marginesach znajdziemy mnóstwo ciekawostek historycznych, wyjaśnień pojęć, dykteryjek. Słowem: bawi i uczy. Dla jakiego przedziału wiekowego? Pierwszy tom przeczytaliśmy kiedy Olek miał 6-7 lat. I myślę, że to jest dolna granica wiekowa. Tekstu jest dużo, fabuła dość skomplikowana, więc młodsze dzieci chyba niespecjalnie będą się umiały skupić. W każdym razie polecam!  A jeśli kogoś Kroniki Archeo wkręcą absolutnie, to może sobie potem dokupić grę planszową, która powstała na podstawie książek. 


Mapy. Obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świat, autor: Aleksandra i Daniel Mizielińscy

 
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam „Mapy” Mizielińskich przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie oglądaliśmy z bratem wszystkie mapki w czterotomowej encyklopedii PWN. Jakie to było fascynujące zajęcie. I przyszło mi do głowy, że gdybyśmy wtedy dostali takie cudo, jak to popełnione przez Mizielińskich, oszalelibyśmy z radości. Już widzę te długie zimowe wieczory spędzone nad mapami. Ten obłęd w krótkowzrocznych oczach, te marzenia o dalekich lądach. Cóż, czasy się zmieniły. Teraz świat jest na wyciągnięcie ręki. „Mapy” kupiłam. Z sentymentu, ale i dlatego, że są po prostu rewelacyjnie napisane. To takie kompendium wiedzy o świecie. Szczegółowość obrazków i oszczędność słów. Dla miłośników. Ale nie tylko… Myślę, że całkiem przy okazji uczą. A wiedza przyswojona przez zabawę, zostaje na zawsze. 

Trudno określić od jakiego wieku. Myślę, że i dla rezolutnego trzylatka i dla ciekawego świata 13-latka. I dla 42-letniej kobiety…






Seria wydawnicza MULTICO


Znacie wydawnictwo MULTICO? Nie? Poważny błąd. Odkryłam ich książki jakiś czas temu i jestem absolutnie zakochana. I wiecie co? Mają siedzibę o trzy kroki od mojej pracy. Więc nie dość, że znam książki, to jeszcze znam sympatycznych ludzi z wydawnictwa. Szczęściara ze mnie.
MULTICO wydaje przede wszystkim piękne książki o przyrodzie. Są doskonale wydane i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, dlatego z czystym sumieniem polecam na świąteczne prezenty. Czyta się znakomicie, zdjęcia dopełniają reszty. Polecam szczególnie te, które mamy osobiście.

Macin Jan Gorazdowski opowiada o psach
 







Jerzy Rafalski opowiada o planetach






Andrzej Kruszewicz opowiada o ptakach


 

Młody obserwator przyrody. Encyklopedia



 Polska! To lubię. Encyklopedia dla całej rodziny


O rety! Przyroda, autor Tomasz Samojlik








Ale historia… autor Grażyna Bąkiewicz

„Mieszko, ty wikingu!"             
„Kazimierzu, skąd ta forsa?”

 

Czy można napisać o Mieszku I lub Kazimierzu Wielkim tak, żeby dziecko czytało z wypiekami na twarzy? Otóż można. Całkiem niedawno trafiliśmy na serię „Ale historia…” Grażyny Bąkiewicz. Jest to seria raczkująca, bowiem liczy dopiero dwie pozycje, ale po cichu liczymy na więcej. Opowiedziane w bardzo dowcipny sposób, okraszone zabawnymi komiksami, a jednocześnie wyjaśniające wszelkie historyczne zawiłości. Uwielbiam książki, które w sposób niekonwencjonalny przemycają wiadomości, które potem przydają się w szkole i w życiu. Z doświadczenia wiem, że historii najlepiej uczyło mi się z komiksów i książek o Panu Samochodziku. Dlatego polecam. Kto wie, może dzięki tej serii wiele dzieciaków polubi historię?




Aaaa…. Byłabym zapomniała. Jeśli szukacie dobrych i tanich księgarni internetowych, to polecam:
 


Życzę miłego wirtualnego polowania!



czwartek, 17 listopada 2016

 Głębia smaku

Co odczuwamy próbując nowych potraw? Zaskoczenie? Zawód? Poznawanie nowych smaków można porównać do odkrywania siebie. Kiedy zobaczymy w sobie dobrą cechę, jesteśmy szczęśliwi. Natomiast jeżeli odkryjemy w sobie wadę, jesteśmy zawiedzeni. Ale czy człowiek może być idealny? Sądzę, że to nie jest możliwe, bo każdy człowiek ma jakieś wady i zalety.

"Gorzka czekolada i inne opowiadania o ważnych sprawach"

 


Ostatnio przeczytałem książkę pt. "Gorzka czekolada". Jest ona zbiorem krótkich opowiadań napisanych przez różnych autorów, np. Andrzeja Maleszkę lub Barbarę Kosmowską. Zainteresował mnie bardzo tytuł tej książki, bo gorzka czekolada oznacza dla mnie coś, co wydaje się słodkie, a tak naprawdę takie nie jest. Znałem też niektórych autorów opowiadań. Wszystkie historie w tej książce opowiadają o młodzieży, która przeżywa trudne sytuacje. Najczęściej powodem różnych smutków i wypadków jest sam bohater, który przez swoje wady popełnia błędy, ale potem je poprawia.

Każda historia opowiada o jakiejś wartości, która jest bardzo ważna w życiu. Na początku każdego opowiadania możemy przeczytać definicję wartości, która będzie przedstawiona w historyjce, np. sprawiedliwość, mądrość, przyzwoitość, uczciwość i samodyscyplina.
Moje ulubione opowiadanie nosi tytuł "Kacper" i opowiada o odwadze cywilnej, która pozwala nam wypowiadać swoje zdanie i bronić własnych racji. Kacper był samotnym chłopcem, który nie miał przyjaciół, a zawsze chciał ich mieć. Zawsze podziwiał swojego starszego brata Maćka za to, że był silny i miał wielu przyjaciół. Pewnego dnia jego starszy brat obiecał mu, że zabierze go na spotkanie ze swoimi kolegami. Koledzy Maćka z początku ignorowali Kacpra, ale potem zaczęli na niego zwracać uwagę. Wiedzieli, że on zawsze będzie razem z nimi.

Na początku wakacji chłopcy poszli świętować koniec roku szkolnego. Pojechali na działkę, żeby zrobić ognisko i upiec kiełbaski. Nagle pojawił się biedny, wychudzony piesek, który podkradł kiełbaskę. Wtedy przyjaciel Maćka bardzo się zdenerwował i przywiązał psa do drzewa. Zwierzak zaczął skomleć i widocznie błagał o pomoc. Kacper miał dobre serduszko i bardzo chciał pomóc pieskowi, ale bardzo chciał dalej przyjaźnić się z kolegami Maćka i trochę się ich bał. Chłopiec podjął jednak odważną decyzję i uwolnił psa, a sam zaczął uciekać. Kiedy biegł, słyszał ciągle złe słowa na swój temat. Po jakimś czasie dołączył do niego jego brat i pies. Uważam, że Kacper zachował się bardzo odważnie, bo wybrał dobro. Wiedział, że straci tych "przyjaciół", ale zrozumiał, że musi uratować biednego psa.
Książka bardzo mi się podobała, a szczególnie to, że każde opowiadanie jest inne i dotyczy innej osoby i innego problemu. Myślę, że mógłbym ją polecić każdemu, nawet temu, kto nie czyta zbyt dużo, bo każdy znajdzie coś dla siebie.



piątek, 4 listopada 2016

Za co pokochałam profesorową Szczupaczyńską


Piątkowy wieczór. Czy może być coś piękniejszego niż wizja wolnego weekendu, podczas którego można się zakopać w fotelu z filiżanką herbaty i książką w ręku? Jeśli jeszcze nie dokonaliście wyboru lektury, chciałabym Wam kogoś przedstawić. Oto ona: Profesorowa Zofia Szczupaczyńska!
Moja absolutna faworytka do tytułu najlepszej bohaterki literackiej roku. Kobieta na miarę swoich czasów, zajęta sprawami absolutnie ważnymi, takimi jak wybór wina na kolację, przygotowanie pulardy (nie wiecie co to pularda? nie szkodzi, potem zajrzycie do wikipedii), pilnowanie służby, dbanie o domowy mir... A wszystko to w Krakowie u schyłku XIX wieku. Zofię Szczupaczyńską poznałam sięgając kilka miesięcy temu po pewną książkę...

Tajemnica domu Helclów, autor: Maryla Szymiczkowa

Na początku muszę wyjaśnić, że autorka - Maryla Szymiczkowa to pseudonim literacki dwóch panów: Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Tego pierwszego cenię za niesamowitą "Lalę", drugiego poznałam dopiero przy lekturze książek autorstwa Maryli Szymiczkowej. 

Po "Tajemnicę domu Helclów" sięgnęłam głównie dlatego, że zapowiadana była jako kryminał w stylu retro. Cóż.. chciałam kryminału, a trafiłam na perełkę. Tak naprawdę to z kryminałem książka ma niewiele wspólnego. Owszem jest zabójstwo, jest tajemnica, jest śledztwo. Ale jeśli nastawiacie się na typowy kryminał, to się zawiedziecie. 

Siłą tej książki jest niebywale drobiazgowe i humorystyczne pokazanie realiów Krakowa z końca XIX wieku. Główna bohaterka, wspomniana już przeze mnie Zofia Szczupaczyńska jest typową panią z zamożnego, inteligenckiego domu. Jej mąż - Ignacy, to profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego kariera jest oczkiem w głowie Zofii. Bohaterkę pochłaniają czynności określane jako "dbanie o domowe ognisko". I wywiązuje się ze swoich obowiązków nasza Profesorowa znakomicie. Tylko pewnego dnia zostaje wplątana w zaginięcie jednej z pensjonariuszek w tytułowym domu Helclów, placówki mającej opinię dobrego domu spokojnej starości. W Profesorowej ożywa żyłka detektywistyczna. I już nic nie jest w stanie powstrzymać jej żywej inteligencji i upartego dążenia do wyjaśnienia zagadki. 

Co mnie w tej książce urzekło? Ano Kraków i jego historia. Panowie autorzy w sposób mistrzowski odtworzyli atmosferę, i tamtych lat, i tamtego miejsca. Myślę, że dla mieszkańców Krakowa czytanie tej książki musi być tysiąc razy większą frajdą, bo znają doskonale topografię miasta i pewnie lepiej niż ja, jego historię. Niemniej i ja bawiłam się przy lekturze niesamowicie. Ilość odniesień i sugestii, język godny pozazdroszczenia, autentyczne artykuły prasowe czytane przez Ignacego w krakowskim
"Czasie", postaci historyczne, które pojawiają się na kartach powieści, wszystko to sprawiło, że dostałam kawał świetnej literatury, którą z czystym sumieniem polecam. 

A że się uśmiałam? A jak się nie uśmiać skoro w tekście znajdujemy takie skarby: 
"W życiu Zofii Szczupaczyńskiej istniały świętości większe niż hostia w podniesieniu i należał do nich porządny niedzielny obiad, a zatem i równie porządne sobotnie sprawunki."

"W Krakowie 'przebaczenie' było wyłącznie terminem teologicznym, bez praktycznego zastosowania w życiu codziennym."

"Jak wszyscy inteligentni ludzie znakomicie sobie radziła z samooszukiwaniem."
"Mordowanie kucharek w czasach, kiedy tak trudno o służbę z prawdziwego zdarzenia, kiedy do pracy zgłaszają się same garkotłuki, nieumiejące odróżnić szparaga od sznurka, wydawało się Szczupaczyńskiej nie tylko zbrodnią, ale i aktem oburzającego marnotrawstwa."

"- A co, jeśli zmarły wygląda zdrowo? - naciskała profesorowa.
- Zdrowo - zmarszczył czoło Iwaniec - żaden zmarły nie wygląda zdrowo. Ustanie życia jest objawem zdecydowanego braku zdrowia. Definitywnego, rzekłbym."

Dlatego też, kiedy całkiem niedawno ukazała się druga część przygód Szczupaczyńskiej, rzuciłam się na nią bez zastanowienia...

Rozdarta zasłona, autor: Maryla Szymiczkowa

Śmiem twierdzić, że druga część jest nawet lepsza niż pierwsza. I to z wielu względów. Przede wszystkim pojawia się zdecydowanie ciekawszy wątek kryminalny. Poza tym profesorowa przechodzi swoistą przemianę, ba! w jej mózgu zaczyna się rodzić pewne podejrzenie, które towarzyszy nam przez całą lekturę - ale o tym później! Znakomite też są wtręty dotyczące płciowości, które doprowadziły mnie do tego, że popłakałam się ze śmiechu ("Już sama woń odziewna takiej czystej dziewicy ma nadzwyczajną czystość i delikatność, dochodzącą prawie do bezwonności"...).

Wielkanoc 1895 roku zostaje zakłócona morderstwem młodej kobiety, którą okaże się służąca Szczupaczyńskich - Karolcia Szulcówna. Tak rozpoczyna się wątek kryminalny w powieści i jest on naprawdę świetnie poprowadzony. Profesorowa, uwikłana od samego początku w sprawę, podejmuje po raz kolejny własne śledztwo, które okazuje się skuteczniejsze niż postępowanie prowadzone przez krakowską policję. Razem z bohaterką poznajemy "nieco zakazane" rejony Krakowa i "ciemne sprawki", które dla porządnych kobiet powinny na zawsze pozostać tajemnicą. Autorzy znowu bezbłędnie opowiadają o Krakowie, o autentycznych postaciach (Daszyński, Estreicher, Puzyna), cytują fragmenty gazet, kolorują wszystkie warstwy społeczne. 

Zofia Szczupaczyńska natomiast doznaje powolnej przemiany. Jak już wspomniałam, rodzi się w niej pewne zatrważające przypuszczenie. A może mózg kobiet jest jednak podobny do mózgu mężczyzny? Może miejsce kobiety to niekoniecznie tylko dom? Zabawne jest śledzenie toku rozumowania bohaterki, tym bardziej, że w zacofanej Galicji zaczynają się rodzić nieśmiało ruchy emancypacyjne... Czyżby więc Zofia nie ustępowała intelektem Ignacemu? Wiem, wiem, dzisiaj to śmieszne, ale dla naszej bohaterki był to prawdziwy szok poznawczy! Na koniec  profesorowa pozwala sobie nawet na nieposłuszeństwo i ironię. Zasłona została rozdarta, a oczom naiwnej pani domu ukazał się Kraków w pełnej krasie. Niekoniecznie niestety tak piękny, jak myślała...

Podziwiam autorów za świetne przemycanie tekstów z klasyków (Mickiewiczowskie "skąd ułani wracali" lub "Zofia wypłynęła na szeroki przestwór głównego placu..."), ironię i podteksty "wiadomo było, że w Wadowicach nic ciekawego się nie urodzi", dzięki temu czytanie książki to prawdziwa frajda.

Dopiero co skończyłam drugą część, a już zaczynam tęsknić za Zofią Szczupaczyńską. Polubiłam ją, jak najlepszą przyjaciółkę.

Jabłko wyborne, jego smak docenią zwłaszcza ci, którym ironia i dystans nieobce...

poniedziałek, 24 października 2016

"Rzeczliteracka" babska

Pomyślałam, że skoro jesień w pełni i to w dodatku nie ta polska, złota i cudowna, ale ponura, deszczowa i melancholijna, to chyba czas na literaturę lżejszą. Zatem dzisiaj o tzw. "literaturze kobiecej". Od razu zaznaczam, że nie lubię tego określenia. Jest z założenia pejoratywne. Kiedy mówimy o jakiejś powieści, że jest "babska", "kobieca", to niestety  z góry zakładamy, że nie jest najwyższych lotów. Może pokutuje tu mit "literatury dla kucharek", lekkiej i przyjemnej prozy dla mniej ambitnych? Może to pokłosie modnych w latach 90-tych harlequinów czytanych namiętnie po latach siermiężnej literatury czasów minionych? Nie wiem. Wiem jedno - tzw. "literatura kobieca" nie ma jednego oblicza, a wręcz przeciwnie, jak rasowa kobieta, bywa zmienną i kapryśną, pociągającą i odpychającą, skomplikowaną i banalną. 

Lubię czasem sięgnąć po książkę, która gdzieś tam w tym nurcie się mieści. Po prostu "czasem człowiek musi, inaczej się udusi" od tej poważnej literatury, gdzie rozważania nad ludzką egzystencją przybijają do podłogi, wbijają w fotel i wpędzają w nieustanną refleksję nad sensem... 

Więc jesienią częściej sięgam po kryminały i literaturę babską. 
Zatem subiektywny przegląd tego, co polecam i czego nie polecam.

"Magnolia", "Długie lato w Magnolii", "Bardzo długie przebudzenie" 

autor: Grażyna Jeromin - Gałuszka

Cykl Magnolia zaczyna się niestety banalnie. Piszę niestety, bo w tzw. literaturze kobiecej najbardziej drażni mnie wątek ucieczki przed codziennością w jakiś bajkowy i nieskażony cywilizacją region naszego kraju - Mazury, Bieszczady, Puszcza Białowieska itd. Tak jakby większość autorek uparła się, że szczęście, spokój, siebie samego można odnaleźć tylko wtedy, kiedy nagle porzuca się dotychczasowe, jakże smutne i wyjałowione życie w wielkim mieście i ucieka na głuchą wieś, gdzie pies z kulawą nogą nie zajrzy. Tam okazuje się, że ludzie są życzliwi, że świat odzyskuje swoją moc, a miłość czeka za każdym zakrętem drogi (co jest dość dziwne, bo w końcu głusza tam, że hej!). Moja wrodzona podejrzliwość zaczyna się uruchamiać w momencie, kiedy uświadamiam sobie, że główna bohaterka (bo to zazwyczaj bohaterka) żyje chyba powietrzem, bo zarabiać na siebie to ona nie zarabia. Że wszystko się da tak po prostu rzucić i zacząć życie gdzie indziej... To już mi się mieści gdzieś w kategorii "fantastyka", niestety ta poślednia. 

I przyznaję, motyw ucieczki odstręcza mnie niemal natychmiast od dalszego czytania. Dlaczego zatem polecam "Magnolię" mimo niefortunnego początku? Ano właśnie. Może dlatego, że bohaterem "Magnolii" jest mężczyzna? Filip jest pilotem, ma piękne ustabilizowane życie. I pewnego dnia, wszystko się wali: badania kontrolne wskazują na koniec jego zawodowej kariery, żona odchodzi, Filip dostaje zawału... A potem dociera do Magnolii - pensjonatu w Bieszczadach. Brzmi banalnie? Owszem. Ale kiedy przebrniemy przez  początek, to dalej jest już naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Postaci mają swoje tajemnice, osobowości, historie. Zaczynamy żyć tym bieszczadzkim życiem i chcemy tam pozostać. Wcale nie jest aż tak sielankowo, pojawia się śmierć, problemy, choroby. Mnie najbardziej w tej książce urzekła siła kobiecej przyjaźni. Takiej, której teraz brak, a której ja doświadczyłam, więc jest mi tym bardziej bliska... Bo też kobiety tworzą Magnolię - miejsce na końcu świata, w którym krzyżują się drogi tych, którzy coś zgubili i próbują odnaleźć. Na dodatek po "Magnolii" odkryłam jeszcze "Długie lato w Magnolii" a całkiem niedawno ukazała się trzecia część z cyklu "Bardzo długie przebudzenie". Trzecia część zresztą wychodzi trochę poza schemat, bo jej akcja toczy się głównie w ekskluzywnej klinice psychiatrycznej. No ale oczywiście jest i Magnolia, są starzy znajomi i ten świetny klimat, który udało się autorce stworzyć.
Trudno powiedzieć jakie to jabłko. Na pewno pani Jeromin - Gałuszka pisze dobrze. Ma świetny warsztat i jej inne książki też są warte polecenia. No powiedzmy, że to jabłko smaczne, choć na tyle specyficzne, że nie każdy je polubi. 

 


"Stulecie Winnych" autor: Ałbena Grabowska

Kolejny cykl z serii "literatura kobieca". Tym razem usytuowany też w kategorii "sagi rodzinne". W trzech tomach autorka snuje opowieść o rodzinie Winnych uwikłanej w dramatyczne wydarzenia XX wieku. Stajemy więc u progu I wojny światowej, kiedy na świat przychodzą pierwsze, ale nie ostatnie bliźniaczki w rodzinie Winnych: Ania i Mania. Przez kolejne lata śledzimy ich losy, a także losy ich najbliższych. Rodzą się nowi, odchodzą starzy, świat staje się coraz bardziej szalony w swoim okrucieństwie. Jest dramatycznie, jest trochę bajkowo i fantastycznie, są zaskakujące zwroty akcji. Czyli wszystko to, co sprawia, że czytamy szybko, łatwo i przyjemnie. Autorka ciągnie swoją opowieść aż do czasów współczesnych. Zatem - jeśli ktoś lubi jabłka z rodzinnych sadów - to cykl wprost dla niego. Wszystkie trzy tomy do zjedzenia w jeden weekend. 

 


Czego nie polecam?

Lista książek niepolecanych jest w zasadzie krótka. Nie należę do osób, które muszą skończyć powieść za wszelką cenę. Jeśli po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książka mnie nie wciągnie, uznam ją za absolutny gniot, niczym mnie nie zachwyci, nie zaintryguje, a nawet nie zdenerwuje, to po prostu ją porzucam. Powinnam sobie zrobić taką oddzielną kategorię: "książki porzucone". Ale mam też półkę "książki, których nigdy nie powinnam była przeczytać". To tam jest miejsce dla "Syzyfowych prac", "Ludzi bezdomnych" i innych ohydnych lektur, przez które nie mogłam przebrnąć, a do czytania których byłam zmuszana... I na tej półce z całą pewnością wyląduje książka Agnieszki Krawczyk "Dolina mgieł i róż" - zaiste tak mglista, że nie jestem w stanie napisać o czym... Tam jest też miejsce dla "Tego lata w Zawrociu" Hanny Kowalewskiej. To na szczęście tylko dwie tegoroczne lektury, dla których szkoda było czasu. Bardzo, bardzo zgniłe jabłka...




wtorek, 4 października 2016

 Ile żywotów, tyle historii

 

"Ósme życie (dla Brilki)" t.1 autor: Nino Haratischwili

 

Są takie powieści, o których należy napisać natychmiast po przeczytaniu ostatniej strony. Zanim opadną wszelkie emocje, dopóki jeszcze jesteśmy zamknięci w świecie tekstu, jak owad w bursztynie i ciężko nam się z niego wydostać...

Gdzie ta Gruzja?

Skończyłam "Ósme życie (dla Brilki) Nino Haratischwili. No dobra, ręka do góry, jeśli ktoś czytał jakąkolwiek gruzińską powieść? Poszukałam w pamięci. Nic. Pogrzebałam nawet w internecie. Nic. Nie znam żadnego nazwiska. Można zatem powiedzieć: debiut, pierwsze spotkanie, pierwsze zauroczenie. Tylko czy Gruzją? No właśnie... Autorka wprawdzie jest Gruzinką, ale od lat mieszka w Niemczech i pisze po niemiecku. Brakuje mi w tej książce Gruzji, bo więcej w niej Rosji i to w jej najgorszym komunistycznym wydaniu. Ale to mój jedyny zarzut.

Świat tekstu


"Ósme życie" to powieść bardzo soczysta. Tak bym ją określiła jednym słowem. To powieść rzeka, która płynie raz wolniej, raz szybciej, czasem zmywa nam głowę jak bystry potok, czasem pozwala się unosić na wodzie w promieniach ciepłego, zachodzącego słońca. To powieść saga. Saga rodzinna, a więc ten typ powieści, który kocham najbardziej. Od pierwszych stron uwodzi pięknem języka (ukłon w stronę tłumacza). 

Rodzina Jaszi i jej perypetie, a w tle XX wiek. Najbardziej okrutny wiek w historii ludzkości. Najpierw poznajemy Stazję, córkę słynnego gruzińskiego cukiernika, który przechowuje tajemniczy przepis na najlepszą w świecie czekoladę (czekolada mimo swojego nieprawdopodobnego smaku, ma też moc ściągania tragedii...) Stazja ma swoje marzenia, bo któż ich nie ma. Ale, jak to często w życiu bywa, marzenia rozbijają się o to, co od nas zależne (niespodziewana miłość) i niezależne (wielka Historia). Więc Stazja tka swój los, jak dywan, do którego autorka powieści porównuje historię rodziny. Pojawiają się dzieci, pojawia się Wielka Rewolucja, dwie Wielkie Wojny, jest głód, jest strach, jest próba kochania... Obok Stazji inne postaci, głównie kobiece, bo to kobiety mają chyba większą wolę przetrwania i stawienia czoła przeciwnościom losu.

Z perspektywy narratorki, to kobiety w jej rodzinie odegrały najważniejszą rolę i nauczyły ją jak przetrwać pomimo... Mój ulubiony cytat, przypominający mi trochę relacje z moją babcią: 

"Dzięki niej nauczyłam się przeklinać (w czasach gdy świat zaczyna się chwiać w posadach, umiejętność zdrowego przeklinania to niedoceniana sztuka). Dzięki niej nauczyłam się szukać dróg wyjścia z beznadziejnych sytuacji, wspinać się na ściany, kiedy walą się mosty, i śmiać się jak ruski sołdat. Zwłaszcza wtedy, kiedy nie było nic do śmiechu. Dzięki niej mogłam zdjąć z siebie wiele klątw niczym ciążące ubrania i demaskować fałszywe aureole"...

Czytamy szybko, zaczynamy wrastać w powieść, czuć klimat tamtych dni. Niektóre opowieści są przerażające. Nie, nic nie zostanie nam oszczędzone. Znajdziemy się i w opętanym Rewolucją Październikową Piotrogrodzie i w oblężonym Leningradzie, i w Stalingradzie, i w Moskwie. Będziemy świadkami okrucieństwa, ale także wielkich namiętności. Spróbujemy zrozumieć sens zbrodni i kary...

Ta powieść jest często porównywana do najlepszych powieści, które wyszły spod pióra naszych wschodnich sąsiadów. Nie byłabym aż tak łaskawa. Dostojewski i Tołstoj to niedościgli mistrzowie i myślę, że autorka nie śmiałaby się nawet do nich porównywać...

Pamięć zbiorowa


Wydaje mi się, że "Ósme życie" to także powieść o pamięci. O próbie utrwalenia pamięci jednostkowej na tle pamięci zbiorowej. Ten temat, a także zależność pomiędzy pamięcią poszczególnych jednostek, a pamięcią całych pokoleń, jest mi wyjątkowo bliski. Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy pod koniec powieści trafiłam na przemyślenia autorki...

"Historie nakładają się, zachodzą na siebie, są z sobą zrośnięte, a ja próbuję rozsupłać ten kłąb, bo przecież rzeczy trzeba opowiadać po kolei. Nie da się ująć w słowa jednoczesności świata. Wcześniej (...) zadawałam sobie pytanie, co by było, gdyby pamięć zbiorowa utrwalała jedne zdarzenia, a zapominała o innych. Gdyby wszystkie wojny i wszyscy niezliczeni królowie, władcy, wodzowie i najemni żołnierze zostali zapomniani, a w książkach pozostali tyko ludzie, którzy własnymi rękami budowali domy, zakładali ogrody, odkryli żyrafę, opisali chmury i opiewali urok kobiecej szyi. (...) skąd wiemy, że ci, których imię przetrwało, są lepsi, mądrzejsi i bardziej interesujący od innych (...) i gdzie są ci zapomniani".  

I na koniec moje ulubione: "To my decydujemy, co chcemy pamiętać, a co nie. Czas nie ma z tym nic wspólnego. Jest obojętny"...

Przeczytajcie "Ósme życie", tym bardziej, że niedługo ukaże się drugi tom. 
To dobre, dojrzałe i soczyste jabłko. Może nieco jesienne, może melancholijne, ale warte zjedzenia.


poniedziałek, 19 września 2016

Każdy kraj ma swoją Fjällbackę

Skrywana miłość

Powoli nadchodzi jesień. Niby jeszcze ciepło, ale poranki i wieczory już wieją chłodem. Dni coraz krótsze, a w kuchni króluje papryka, pomidory i dynia... Nie wiem, jak Wy, ale ja jesienią nabieram ochoty na kryminały. Może ta powolna śmierć przyrody dziwnie kojarzy mi się ze śmiercią w literaturze? 

Kiedyś uważałam czytanie kryminałów za trochę wstydliwą sprawę. W podstawówce, a potem w liceum, podkradałam tacie kryminały z kluczykiem i jamnikiem. Polskie kryminały z bohaterskimi oficerami MO na miarę porucznika Borewicza i kapitana  Żbika, walczącymi z okropnym przestępczym światem bananowych dzieci, spekulantów i drobnych przedsiębiorców z czasów PRL-u... Kiedy koleżanki zaczytywały się w literaturze pięknej, wielbiły klasyków, zachwycały się Balzakiem i Stendhalem, ja ogryzałam paznokcie i traciłam wzrok, łykając jeden kryminał za drugim.

Dzięki Ci Umberto

Czasy świetności kryminałów nadeszły później. Kiedy Larsson opublikował swoje Millenium i kiedy skandynawski kryminał zaczął spozierać na nas z każdej półki księgarni. Czytanie kryminałów stało się modne. Wtedy też natrafiłam na wywiad z mistrzem Eco, który utwierdził mnie w mojej skrywanej miłości.  

"Jestem człowiekiem szczerym. Wszyscy pisarze, filozofowie, poeci czytają w nocy kryminały i tym podobne rzeczy, ale się tego wstydzą. Ze mną tak nie jest, ja to studiuję. Jestem przekonany, że kultura popularna zawsze miała fundamentalne znaczenie, proszę tylko pomyśleć o XIX wieku, jak wiele z tego przeniknęło do Balzaca, Maupassanta, Dumasa. Moje pokolenie poznało idee wolności i buntu przeciw dyktaturze najpierw z lektury komiksów, także o Myszce Miki" /Umberto Eco, wywiad dla Suddeutsche Zeitung/



Kryminalne coming out

No dobra, przyznałam się. Uwielbiam kryminały. Co nie znaczy, że nie czytam innych rzeczy. Różnie to bywa. Ostatnio z przewagą dla tych innych. Ale tej jesieni czekam na dwie nowości: "Lampiony" Katarzyny Bondy (trzeci tom z serii "Cztery żywioły Saszy Załuskiej") i "Dom czwarty" Katarzyny Puzyńskiej (siódma część z serii "Lipowo"). Bondę zostawiam na osobny wpis. Kto czytał, ten wie, że absolutnie zmieniła scenę polskiego kryminału w wykonaniu kobiecym...

Dlaczego zatem Puzyńska? Pamiętacie może serię Camili Lackberg o Fjallbacce? Małe miasteczko, w którym co i rusz wydarzają się zbrodnie. A w tle toczy się nie mniej ciekawe i momentami dramatyczne życie głównych bohaterów - Eriki i Patricka. Kto nie czytał, powinien zacząć. Od początku, od "Księżniczki z lodu", 9 tomów, wyśmienita lektura na jesienne wieczory...

Kiedy pierwszy raz trafiłam na kryminał Puzyńskiej poczułam się jak w Fjallbacce. Mała miejscowość - Lipowo, umieszczone gdzieś w Polsce (gdzieś jest nawet dość szczegółowo określone - okolice Brodnicy - niektórzy fani wiedzą dokładnie, o którą miejscowość chodzi), a tam cała plejada postaci i charakterów, ze swoimi bolączkami i problemami. Sześć tomów, w każdym inna, trzymająca w napięciu historia, ci sami bohaterowie: wiejscy policjanci na czele z nieco misiowatym Danielem Podgórskim, ekscentryczna komisarz z Brodnicy - Klementyna Kopp (moja cicha faworytka) i inne barwne postaci. Najlepiej czytać w kolejności chronologicznej, choć oczywiście nie jest to konieczne. 

Z książki na książkę Katarzyna Puzyńska jest coraz lepsza, ostatnia - "Łaskun" to chyba najlepsza książka z całej serii. Od początku wciąga absolutnie i powieść czyta się jednym tchem. Trochę się martwiłam, że nie pojawi się moja ulubienica Klementyna, ale na szczęście wkracza z impetem do akcji. Daniel wreszcie przestaje być takim grzecznym i cukierkowatym maminsynkiem, co moim zdaniem wychodzi na plus. Cieszę się, że Autorka potrafi wyjść poza schematy. Wątek kryminalny zgrabnie poprowadzony, jest nieco zamieszania, ale można ogarnąć wszystkie nitki.

Teraz pozostaje czekać na "Dom czwarty". A tych, którzy lubią kryminały, zapraszam do Lipowa, naprawdę warto.





Wszystkie jabłka z tej kryminalnej jabłonki bardzo mi smakowały. A im dojrzalsze, tym lepsze.


sobota, 10 września 2016

Książka dla podróżników

 

"Odyseusze"Gwiazda Morza, autor: Agnieszka Stelmaszyk


Przeczytałem ostatnio kolejną książkę mojej ulubionej pisarki Agnieszki Stelmaszyk pt."Odyseusze''.
Książka opowiada o rodzeństwie Magdzie i Danielu, którzy wypływają z rodzicami w całoroczny rejs dookoła świata. Niestety, pech chciał, że rodzina wypłynęła 13-ego w piątek, a według pewnego rybaka ten dzień przynosił wielkiego pecha. 

Początkowo podroż pasażerów "Mellody" przebiegała bardzo szczęśliwie, lecz niestety, jak się potem okazało, rybak miał rację. Nad "Mellody" zawisła klątwa, która zmieniła tę miłą wycieczkę w istny koszmar. Potem było już tylko gorzej... Bohaterowie przypominają mi bardzo Odyseusza, który przez wiele lat błądził po morzach i nie mógł powrócić do Itaki.
Dzięki tej książce dowiedziałem się kim był Odyseusz i jakie były jego przygody.

Książka jest bardzo wciągająca, czas mija przy niej bardzo szybko. Według mnie jest do druga, zaraz po "Kronikach Archeo", najlepsza książka Agnieszki Stelmaszyk. Bardzo polecam i czekam na następną część.

środa, 31 sierpnia 2016

Nie oceniaj książki po okładce - recenzje Olka

 

"Cud chłopak" autor: R.J.Palacio

Większość książek dla młodzieży opowiada o rozmaitych dzieciach, które przeżyły niesamowite historie, na przykład same przeżyły na wyspie, uratowały miasto przed wybuchem bomby i wiele, wiele innych. Ale książka " Cud chłopak '' różni się od pozostałych.

Ta książka opowiada o zwykłym chłopcu, no PRAWIE zwykłym. Na imię ma August i nigdy nie chodził do szkoły. Dlaczego? Ponieważ August wygląda inaczej niż inne dzieci. Uczyła go mama, w domu. Ale w końcu August musiał pójść do szkoły. Trafił do klasy, w której miał paru przyjaciół, ale miał też wrogów. Niektórzy koledzy śmiali się z Augusta ponieważ chłopiec miał zdeformowaną twarz (po wielu operacjach).

Ale ta książka opowiada nie tylko o Auguście. Opowiada także o wielu innych dzieciach, które August poznał. 

Książka bardzo mi się podobała, ponieważ uczy nas, że nawet jeżeli osoba z zewnątrz wygląda brzydko, to nie znaczy, że jest taka wewnątrz.


środa, 24 sierpnia 2016

Pozory mylą...

Tak sobie pomyślałam po przeczytaniu książki Marii Nurowskiej "Bohaterowie są zmęczeni".

Leona Niemczyka nie trzeba chyba przedstawiać nikomu. Znany kilku pokoleniom Polaków, zmarły przed 10-ciu laty aktor, nigdy nie budził we mnie cieplejszych uczuć. Kojarzył mi się zawsze z nieco zarozumiałym i zapatrzonym w siebie samcem, którego głównym życiowym celem jest uwodzenie i zdobywanie kobiet (6 żon, 5 rozwodów mówi wiele). Nie byłam fanką jego talentu, choć podobno gdyby się urodził w Ameryce, zrobiłby niesamowitą karierę. Tak twierdzą znawcy, do których się nie zaliczam.

Kojarzę go głównie w roli Filipa Golarza z "Akademii Pana Kleksa", postaci, której się trochę bałam dzieckiem będąc.

Ale pamiętam go także doskonale z filmu "Nóż w wodzie", który obejrzałam na początku studiów w nieistniejącym już genialnym kinie "Rejs" (tanie bilety i ambitne kino). I jakoś z tą rolą go utożsamiam... Z czarno-białym zdjęciem.

A Nurowska w swojej książce - mini biografii - udowadnia, że wcale postacią biało - czarną nie był.

Nie przepadam też za samą Nurowską, choć wiem, że ma ona swoich wielbicieli. I w tej powieści również jej styl nie zachwyca.

Nielubiany aktor, niezachwycająca autorka, po co zatem sięgać po książkę? Ano właśnie. Do przeczytania "Bohaterów" zachęciła mnie moja koleżanka Marta. A że lubię tajemnicze historie, które wydarzyły się naprawdę, historie, które czasem potrafią zmienić coś w naszym zero-jedynkowym spojrzeniu na poszczególnych ludzi, postanowiłam zaryzykować.

Książka składa się właściwie z dwóch części, dwóch oddzielnych biografii braci Niemczyków. Tak, tak, braci. Bo okazuje się, że Leon Niemczyk miał aż 3 braci, a z jednym z nich - Ludwikiem połączyła go dziwna historia niedopowiedzeń i zdrady.

W pierwszej części książki poznajemy Leona. Tutaj mam Nurowskiej do zarzucenia wiele, bo forma quasi- wywiadu średnio do mnie przemawia. I obraz Leona wychodzi jakiś taki poszarpany. A może i przez to prawdziwy? Trudna rzeczywistość, w której przyszło żyć aktorowi, Powstanie Warszawskie, tułaczka po Europie, powrót do kraju i wreszcie punkt kulminacyjny w książce - nieudana próba ucieczki z socjalistycznej ojczyzny...

Druga część to wspomnienia drugiego z braci - Ludwika. Jego losy są jeszcze bardziej dramatyczne, choć to on jest tym "mniej znanym" bratem Niemczykiem....

Drogi braci rozchodzą się w dniu, kiedy podczas nieudanej przeprawy przez zieloną granicę, zostają ujęci przez służby bezpieczeństwa. Dziwnym trafem Leon wychodzi po paru dniach. Ludwik płaci o wiele wyższą cenę... Kto zdradził? Kto żył z poczuciem winy? Czy drogi braci miały szansę się jeszcze przeciąć? W sumie nic w tej książce nie jest jednoznaczne do końca.

Wreszcie pytanie, czy warto przeczytać? Myślę, że tak.
Mimo, iż to jabłko momentami kwaśne.