"Rzeczliteracka" babska
Pomyślałam, że skoro jesień w pełni i to w dodatku nie ta polska, złota i cudowna, ale ponura, deszczowa i melancholijna, to chyba czas na literaturę lżejszą. Zatem dzisiaj o tzw. "literaturze kobiecej". Od razu zaznaczam, że nie lubię tego określenia. Jest z założenia pejoratywne. Kiedy mówimy o jakiejś powieści, że jest "babska", "kobieca", to niestety z góry zakładamy, że nie jest najwyższych lotów. Może pokutuje tu mit "literatury dla kucharek", lekkiej i przyjemnej prozy dla mniej ambitnych? Może to pokłosie modnych w latach 90-tych harlequinów czytanych namiętnie po latach siermiężnej literatury czasów minionych? Nie wiem. Wiem jedno - tzw. "literatura kobieca" nie ma jednego oblicza, a wręcz przeciwnie, jak rasowa kobieta, bywa zmienną i kapryśną, pociągającą i odpychającą, skomplikowaną i banalną.
Lubię czasem sięgnąć po książkę, która gdzieś tam w tym nurcie się mieści. Po prostu "czasem człowiek musi, inaczej się udusi" od tej poważnej literatury, gdzie rozważania nad ludzką egzystencją przybijają do podłogi, wbijają w fotel i wpędzają w nieustanną refleksję nad sensem...
Więc jesienią częściej sięgam po kryminały i literaturę babską.
Zatem subiektywny przegląd tego, co polecam i czego nie polecam.
"Magnolia", "Długie lato w Magnolii", "Bardzo długie przebudzenie"
autor: Grażyna Jeromin - Gałuszka
Cykl Magnolia zaczyna się niestety banalnie. Piszę niestety, bo w tzw. literaturze kobiecej najbardziej drażni mnie wątek ucieczki przed codziennością w jakiś bajkowy i nieskażony cywilizacją region naszego kraju - Mazury, Bieszczady, Puszcza Białowieska itd. Tak jakby większość autorek uparła się, że szczęście, spokój, siebie samego można odnaleźć tylko wtedy, kiedy nagle porzuca się dotychczasowe, jakże smutne i wyjałowione życie w wielkim mieście i ucieka na głuchą wieś, gdzie pies z kulawą nogą nie zajrzy. Tam okazuje się, że ludzie są życzliwi, że świat odzyskuje swoją moc, a miłość czeka za każdym zakrętem drogi (co jest dość dziwne, bo w końcu głusza tam, że hej!). Moja wrodzona podejrzliwość zaczyna się uruchamiać w momencie, kiedy uświadamiam sobie, że główna bohaterka (bo to zazwyczaj bohaterka) żyje chyba powietrzem, bo zarabiać na siebie to ona nie zarabia. Że wszystko się da tak po prostu rzucić i zacząć życie gdzie indziej... To już mi się mieści gdzieś w kategorii "fantastyka", niestety ta poślednia.
I przyznaję, motyw ucieczki odstręcza mnie niemal natychmiast od dalszego czytania. Dlaczego zatem polecam "Magnolię" mimo niefortunnego początku? Ano właśnie. Może dlatego, że bohaterem "Magnolii" jest mężczyzna? Filip jest pilotem, ma piękne ustabilizowane życie. I pewnego dnia, wszystko się wali: badania kontrolne wskazują na koniec jego zawodowej kariery, żona odchodzi, Filip dostaje zawału... A potem dociera do Magnolii - pensjonatu w Bieszczadach. Brzmi banalnie? Owszem. Ale kiedy przebrniemy przez początek, to dalej jest już naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Postaci mają swoje tajemnice, osobowości, historie. Zaczynamy żyć tym bieszczadzkim życiem i chcemy tam pozostać. Wcale nie jest aż tak sielankowo, pojawia się śmierć, problemy, choroby. Mnie najbardziej w tej książce urzekła siła kobiecej przyjaźni. Takiej, której teraz brak, a której ja doświadczyłam, więc jest mi tym bardziej bliska... Bo też kobiety tworzą Magnolię - miejsce na końcu świata, w którym krzyżują się drogi tych, którzy coś zgubili i próbują odnaleźć. Na dodatek po "Magnolii" odkryłam jeszcze "Długie lato w Magnolii" a całkiem niedawno ukazała się trzecia część z cyklu "Bardzo długie przebudzenie". Trzecia część zresztą wychodzi trochę poza schemat, bo jej akcja toczy się głównie w ekskluzywnej klinice psychiatrycznej. No ale oczywiście jest i Magnolia, są starzy znajomi i ten świetny klimat, który udało się autorce stworzyć.
Trudno powiedzieć jakie to jabłko. Na pewno pani Jeromin - Gałuszka pisze dobrze. Ma świetny warsztat i jej inne książki też są warte polecenia. No powiedzmy, że to jabłko smaczne, choć na tyle specyficzne, że nie każdy je polubi.

"Stulecie Winnych" autor: Ałbena Grabowska
Kolejny cykl z serii "literatura kobieca". Tym razem usytuowany też w kategorii "sagi rodzinne". W trzech tomach autorka snuje opowieść o rodzinie Winnych uwikłanej w dramatyczne wydarzenia XX wieku. Stajemy więc u progu I wojny światowej, kiedy na świat przychodzą pierwsze, ale nie ostatnie bliźniaczki w rodzinie Winnych: Ania i Mania. Przez kolejne lata śledzimy ich losy, a także losy ich najbliższych. Rodzą się nowi, odchodzą starzy, świat staje się coraz bardziej szalony w swoim okrucieństwie. Jest dramatycznie, jest trochę bajkowo i fantastycznie, są zaskakujące zwroty akcji. Czyli wszystko to, co sprawia, że czytamy szybko, łatwo i przyjemnie. Autorka ciągnie swoją opowieść aż do czasów współczesnych. Zatem - jeśli ktoś lubi jabłka z rodzinnych sadów - to cykl wprost dla niego. Wszystkie trzy tomy do zjedzenia w jeden weekend.


Czego nie polecam?
Lista książek niepolecanych jest w zasadzie krótka. Nie należę do osób, które muszą skończyć powieść za wszelką cenę. Jeśli po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książka mnie nie wciągnie, uznam ją za absolutny gniot, niczym mnie nie zachwyci, nie zaintryguje, a nawet nie zdenerwuje, to po prostu ją porzucam. Powinnam sobie zrobić taką oddzielną kategorię: "książki porzucone". Ale mam też półkę "książki, których nigdy nie powinnam była przeczytać". To tam jest miejsce dla "Syzyfowych prac", "Ludzi bezdomnych" i innych ohydnych lektur, przez które nie mogłam przebrnąć, a do czytania których byłam zmuszana... I na tej półce z całą pewnością wyląduje książka Agnieszki Krawczyk "Dolina mgieł i róż" - zaiste tak mglista, że nie jestem w stanie napisać o czym... Tam jest też miejsce dla "Tego lata w Zawrociu" Hanny Kowalewskiej. To na szczęście tylko dwie tegoroczne lektury, dla których szkoda było czasu. Bardzo, bardzo zgniłe jabłka...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz