wtorek, 31 stycznia 2017



Nie tylko dla kobiet

Dzisiaj o dwóch książkach, których bohaterkami są kobiety. Wbrew pozorom może to jednak literatura nie tylko dla płci pięknej, choć internety dowodzą, że po te dwie pozycje, o których będzie mowa, sięgają jednak częściej panie. 

„Słowik” Kristin Hannah

Ostatnią książką, którą przeczytałam w 2016 r. był „Słowik” Kristin Hannah. Nie znałam autorki, ale „Słowikiem” zachwycało się tyle osób na przeróżnych forach internetowych, że postanowiłam sprawdzić co zacz. Akcja powieści toczy się we Francji w przededniu i w czasie II wojny światowej. Wiadomo, wojna to zawsze temat wdzięczny do snucia opowieści o dramatycznych losach i wyborach, a także o postawach, jakie ludzie przyjmują w chwili, kiedy ich życie jest zagrożone. Jak już kiedyś wspominałam, okupacja we Francji kojarzy mi się najczęściej z serialem „Allo, allo” (swoją drogą, czy dotarła do Was smutna wiadomość, że właśnie zmarł odtwórca roli René? Ach, uwielbiałam, jak przyłapany w sytuacji dwuznacznej, mówił do swojej żony: „you stupid women, don’t you see”… i tu następowało coś w rodzaju, „że ta kobieta zjadła rybę i zatruła się grzybami”…no ale dość dykteryjek). Pani Hannah pokazuje jednak, że nie wszyscy Francuzi poddali się bierności marionetkowego rządu z Vichy. I to prawda. 

W opowiadanej historii pojawiają się dwie siostry, które dość wcześnie zostały osierocone przez matkę i właściwie opuszczone przez ojca. I jak to w życiu bywa, starsza jest wzorem cnót wszelakich, posłuszna, grzeczna, stateczna, mężata i dzieciata… Młodsza to trzpiotka, nie poddająca się konwenansom epoki panna, która zazwyczaj dostaje to, czego chce. Jest harda i ma niewyparzony język. Kiedy wybucha wojna, każda z nich zaczyna podążać swoją drogą. Jak się łatwo domyślić, starsza stara się nie narażać ani siebie, ani swojej rodziny. Jest zachowawcza i przestraszona. Młodsza wikła się w działalność ruchu oporu i jest słynnym „Słowikiem” (fr. Rossignol – bo takie nazwisko nosi), który przeprowadza angielskich i amerykańskich lotników przez Pireneje. I niby wszystko wydaje się proste, ale pozory mylą. 

Cóż, „Słowik” to zgrabnie napisana historia, którą całkiem przyjemnie się czyta. Razi mnie wprawdzie lekkomyślność bohaterek, jakieś takie niekonsekwencje ich działań oraz nierealność pewnych sytuacji (no przepraszam, ale ruch oporu znowu mi przypomina ten z serialu „Allo, allo”). Nie jest to powieść z wielkim rozmachem, raczej czytadło. Absolutne zachwyty nad książką trochę mnie dziwią, bo znam wiele powieści o wojnie, które mocno przerastają „Słowika” pod każdym względem. Nie wiem, może promocja książki okazała się skuteczna, a może po prostu czytelnicy teraz stali się mniej wymagający? (mam nadzieję, że się mylę). W każdym razie, jeśli macie ochotę na lekturę niekoniecznie do końca bardzo lekką, ale też nie przytłaczającą wielkim ciężarem, to możecie po „Słowika” sięgnąć. Jeśli jednak spodziewacie się powieści na miarę „Wyznaję” Cabré, zawiedziecie się.

Jabłko do zjedzenia w wypadku nagłego głodu.

„Służąca” Tara Conklin

Pierwszą zaś książką w nowym roku była „Służąca” Tary Conklin. To powieść, której akcja toczy się dwutorowo, w XIX wieku w Wirginii i współcześnie w Nowym Jorku. Mamy dwie bohaterki: niewolnicę Josephine i prawniczkę Linę Sparrow. Pierwsza, mocno związana ze swoją panią Lu Ann Bell, za wszelką cenę pragnie wolności. Jest utalentowaną malarką, która tworzy swoje obrazy w pracowni białej właścicielki (ta również próbuje malować, ale idzie jej to znacznie gorzej, niż jej niewolnicy). Druga, to młoda, ambitna prawniczka, która próbuje zostać wspólnikiem w wielkiej kancelarii prawniczej. Natrafia na ślady Josephine, kiedy dostaje sprawę wielomilionowego odszkodowania dla potomków amerykańskich niewolników. Jednocześnie pojawiają się domysły, że obrazy, których autorstwo jest dotychczas przypisywane Lu Ann Bell, są dziełem kogoś zupełnie innego. 

Czy to dobra powieść? Niezła. Podoba mi się zwłaszcza część dotycząca niewolnictwa i tego, co z nim związane. Pewnie dlatego, że nadal niewiele wiem o historii Stanów Zjednoczonych, a zauważam, że to błąd, bo choć młoda to historia, to jednak bardzo ciekawa. Wątek współczesny jest nieco słabszy, kilka dość mało oryginalnych sytuacji, które w literaturze pojawiają się na tyle często, że przestają zaskakiwać. 

Jedno, co mi się na pewno w tej historii podoba, to poszukiwanie wolności. Okazuje się, że wcale nie ma aż tak wielkiej różnicy pomiędzy dziewiętnastowieczną czarną niewolnicą z południa, a młodą, ambitną, współczesną prawniczką z Nowego Jorku. Obie nie są wolne. Ale w różny sposób. I obie o tę wolność zawalczą.

Jabłko niezłe w smaku, choć czasem trafi się jakaś dziurka po robaczku.


A przy okazji zauważyłam, że obie książki zostały wydane przez "Świat książki". Jak się u nich kupuje ebooka, to jest on spersonalizowany, tzn. pojawia się napis, że jest to książka dla... i tu jest imię i nazwisko. Ciekawy sposób na walkę z piractwem w sieci... 

sobota, 21 stycznia 2017


Najlepsza książka na walkę z grypą


Ostatni tydzień spędziłam na chorowaniu. Cóż, grypa nie oszczędza. W zasadzie chorowanie jest dość przyjemne, prawda? Zawsze kiedy dopada mnie infekcja, przypominam sobie taki fragment z książki Philippe’a Delerme’a „Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności”:

Ach, te niezapomniane choroby dzieciństwa! - dzięki nim mogłeś spędzić kilka dni w łóżku, w towarzystwie królika Bugsa. Ale cóż, z wiekiem coraz mniej przyjemności płynie z niedomagań...”

Być może autor ma rację. Z wiekiem gorzej znosi się choroby, ale to nie oznacza, że leżąc w łóżku, nie można sięgnąć po jakąś fajną lekturę. Długo nie mogłam sobie dobrać książki do choroby. Zaczęłam chyba ze trzy reklamowane ostatnio powieści i każdą porzucałam po kilkunastu stronach. Znacie to uczucie? Kiedy człowiek w desperacji szuka punktu zaczepienia i lektury, która go w końcu pochłonie? Strasznie tego nie lubię. Tego, że nie mogę trafić do jakiegoś świata tekstu, w którym chciałabym zamieszkać.

Zdesperowana, zaczęłam się zastanawiać nad obejrzeniem kilku zaległych filmów. I wtedy, w ostatnim przebłysku świadomości, pomyślałam, że teraz, w tej mojej chorobie, mam ochotę na coś pokrzepiającego, coś, co mnie podniesie na duchu, na taką powieść, w której lubię niemal wszystkich. Macie takie książki? Na pewno. Każdy je ma. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to właśnie to: 

„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”. Autorki: Mary Ann Shaffer, Annie Barrows




Dziwny tytuł, prawda? Dość długi, dziwaczny, a to zazwyczaj nie wróży powodzenia książce. A jednak. Kilka lat temu kupiłam wydanie papierowe w jednej z księgarni, właśnie ze względu na absurdalność tytułu. I do dzisiaj „Stowarzyszenie...” jest jedną z moich ukochanych książek.

Zwlekłam się więc z łoża boleści i poszłam szukać książki. Przekopałam wszystkie regały. Książka jest dość krótka, nie rzuca się w oczy, więc trochę to trwało. Nie znalazłam! Przy okazji – jeśli to Ty ją ode mnie pożyczyłeś/aś, zwróć! Tęsknię za nią!

Na szczęście książka doczekała się wydania elektronicznego, była dość tania, więc cóż… Kupiłam i z lubością zanurzyłam się w latach 40-tych ubiegłego wieku.

Zacznę od formy. Książka napisana jest w formie listów. Wiem, wiem, nie każdy lubi taki rodzaj narracji. Ja w zasadzie niekoniecznie za nim przepadam. Ale w tym wypadku, czyta się świetnie i naprawdę ta forma jest chyba wielkim atutem powieści. Z listów bowiem świetnie odczytujemy zalety, wady, śmiesznostki, charaktery bohaterów.

Akcja powieści toczy się w Anglii, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Juliet, młoda pisarka objeżdża Anglię promując swoją książkę. Zupełnie przypadkiem trafia do niej list od jednego z mieszkańców wyspy Guernsey, jednej z Wysp Normandzkich. Ciekawa sprawa z tymi Wyspami. Leżą w pobliżu Normandii, ale nie należą do Francji. Nie są też częściami Zjednoczonego Królestwa, ani koloniami. Podlegają bezpośrednio Koronie Brytyjskiej. Nawet nie są w Unii Europejskiej (choć teraz i tak by nie były…). W czasie II wojny światowej Wyspy Normandzkie znajdowały się pod okupacją niemiecką. Tuż przed inwazją hitlerowską wywieziono stąd niemal wszystkie dzieci, aby zamieszkały u zupełnie obcych ludzi w Anglii. W każdym razie, w czasie wojny wyspy te zostały całkowicie odizolowane od reszty Wielkiej Brytanii, do mieszkańców nie docierały żadne informacje z lądu. I chyba tak naprawdę, nikt się nimi specjalnie nie przejmował.

I właśnie w czasie wojny, zupełnie przypadkiem, dla uniknięcia represji ze strony okupanta, zostało zawiązane Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Jak to się często zdarza, prowizorki potrafią przetrwać lata. Okazało się, że ludzie, którzy dotąd niespecjalnie interesowali się literaturą, zaczynają kochać słowo pisane. Co więcej, tych ludzi zaczyna łączyć specjalna więź, która okazuje się silniejsza, niż strach i wojenna bieda.
Wymiana korespondencji pomiędzy mieszkańcami wyspy a Juliet, skłania młodą pisarkę do wyjazdu na Guernsey… Więcej nie opowiem.

To bardzo ciepła książka. Taka, która sprawia, że ogarnia cię błogi spokój o losy tego świata. Książka o przyjaźni i o miłości do książek. Zabawna, momentami nawet bardzo. Bardzo, ale to bardzo optymistyczna.

Najlepsze jabłko na każdą chorobę. Jedyna książka, której dałam 10 gwiazdek na portalu lubimyczytać.pl

Miejcie ją w zanadrzu, bo grypa szaleje!

sobota, 7 stycznia 2017

Przeczytane w święta...

"Muza", autor: Jessie Burton

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia kupiłam "Muzę" Jessie Burton. To ciekawe, bo prawie dokładnie rok temu przeczytałam debiutancką powieść tej samej autorki pt. "Miniaturzystka". Pamiętam jeszcze jakie wrażenie zrobiła na mnie tamta książka. Jej niezwykły, dość mroczny klimat XVII-wiecznego Amsterdamu. Powieść nieprzeciętna, w której aż czuć było wilgotność holenderskiego powietrza, ciężkość materii, ciemność, tajemniczość i niedomówienia. O tak, "Miniaturzystka" była doskonała w każdym calu i potrafiła sprawić, że skóra mi cierpła.

Jak zatem mają się sprawy z "Muzą"? Zawiodłam się? Czy też nie?
Otóż trudno powiedzieć. Powieść jest zbudowana dwuwątkowo, co lubię.

Pierwsza płaszczyzna czasowa przenosi nas do Andaluzji. Mamy lata trzydzieste, jak wiemy trudny moment w historii Hiszpanii stojącej u progu wojny domowej. Z Wiednia przybywa żydowska rodzina Schlossów: Harold - marchand handlujący dziełami sztuki, jego ekscentryczna i neurotyczna żona Sara oraz ich córka Oliwia. I to właśnie Oliwia jest jedną z głównych bohaterek książki. Obdarzona niezwykłym talentem malarskim, którego nie ujawnia przed najbliższymi i światem. Jest zamknięta w sobie i wyobcowana. Rodzinie Schlossów pomaga w prowadzeniu domu para tubylców: Teresa i jej brat Izaak. Ich pojawienie się w życiu rodziny, wprowadza spore zamieszanie...

Druga płaszczyzna to rok 1967 - Londyn. Młoda imigrantka z Trynidadu Odelle Bastien próbuje ułożyć swoje  życie w stolicy Anglii. I ona, podobnie jak Oliwia, jest uzdolniona, tyle  że literacko. I tak samo jak Oliwia odczuwa strach przed objawieniem światu swojego talentu. Wszystko wydaje się przeszkadzać: jej pochodzenie, kolor skóry, brak obycia w świecie...

Co połączy te obie kobiety? Te dwie płaszczyzny? Obraz. Tajemniczy obraz, którego autorstwo przypisywane jest hiszpańskiemu malarzowi Izaakowi Roblesowi. Tylko czy to naprawdę on jest genialnym malarzem, który jak nikt inny potrafił zachwycić swoją sztuką? Czy to on zdaje się potwierdzać tezę, że "wybitne dzieła są ciągle odczytywane na nowo i nigdy się nie starzeją"? I jaką rolę odgrywa w całej historii tajemnicza pani Quick?

"Muza" to książka o objawieniu talentów, o strachu przed odrzuceniem i śmiesznością, a także o tym,  że ten strach jest  śmieszny. Jedno zdanie przemówiło do mnie na pewno: 

"Cóż, może okaże się, że jesteś wyjątkowa, a może nie- ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, a już z pewnością nie powinno wpływać na to, czy masz pisać. Więc przestań się zamartwiać i po prostu to rób. Quick powiedziała,  że akceptacja innych ludzi nigdy nie powinna być moim celem. W ten sposób mnie wyzwoliła - dokonała czegoś, na co ja sama nie umiałam się zdobyć. Ufała mi."

Nie, nie jest to książka, która pozostawi po sobie taki smak, jak "Miniaturzystka", ale warto ją przeczytać. Smaczne jabłko.