sobota, 21 stycznia 2017


Najlepsza książka na walkę z grypą


Ostatni tydzień spędziłam na chorowaniu. Cóż, grypa nie oszczędza. W zasadzie chorowanie jest dość przyjemne, prawda? Zawsze kiedy dopada mnie infekcja, przypominam sobie taki fragment z książki Philippe’a Delerme’a „Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności”:

Ach, te niezapomniane choroby dzieciństwa! - dzięki nim mogłeś spędzić kilka dni w łóżku, w towarzystwie królika Bugsa. Ale cóż, z wiekiem coraz mniej przyjemności płynie z niedomagań...”

Być może autor ma rację. Z wiekiem gorzej znosi się choroby, ale to nie oznacza, że leżąc w łóżku, nie można sięgnąć po jakąś fajną lekturę. Długo nie mogłam sobie dobrać książki do choroby. Zaczęłam chyba ze trzy reklamowane ostatnio powieści i każdą porzucałam po kilkunastu stronach. Znacie to uczucie? Kiedy człowiek w desperacji szuka punktu zaczepienia i lektury, która go w końcu pochłonie? Strasznie tego nie lubię. Tego, że nie mogę trafić do jakiegoś świata tekstu, w którym chciałabym zamieszkać.

Zdesperowana, zaczęłam się zastanawiać nad obejrzeniem kilku zaległych filmów. I wtedy, w ostatnim przebłysku świadomości, pomyślałam, że teraz, w tej mojej chorobie, mam ochotę na coś pokrzepiającego, coś, co mnie podniesie na duchu, na taką powieść, w której lubię niemal wszystkich. Macie takie książki? Na pewno. Każdy je ma. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to właśnie to: 

„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”. Autorki: Mary Ann Shaffer, Annie Barrows




Dziwny tytuł, prawda? Dość długi, dziwaczny, a to zazwyczaj nie wróży powodzenia książce. A jednak. Kilka lat temu kupiłam wydanie papierowe w jednej z księgarni, właśnie ze względu na absurdalność tytułu. I do dzisiaj „Stowarzyszenie...” jest jedną z moich ukochanych książek.

Zwlekłam się więc z łoża boleści i poszłam szukać książki. Przekopałam wszystkie regały. Książka jest dość krótka, nie rzuca się w oczy, więc trochę to trwało. Nie znalazłam! Przy okazji – jeśli to Ty ją ode mnie pożyczyłeś/aś, zwróć! Tęsknię za nią!

Na szczęście książka doczekała się wydania elektronicznego, była dość tania, więc cóż… Kupiłam i z lubością zanurzyłam się w latach 40-tych ubiegłego wieku.

Zacznę od formy. Książka napisana jest w formie listów. Wiem, wiem, nie każdy lubi taki rodzaj narracji. Ja w zasadzie niekoniecznie za nim przepadam. Ale w tym wypadku, czyta się świetnie i naprawdę ta forma jest chyba wielkim atutem powieści. Z listów bowiem świetnie odczytujemy zalety, wady, śmiesznostki, charaktery bohaterów.

Akcja powieści toczy się w Anglii, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Juliet, młoda pisarka objeżdża Anglię promując swoją książkę. Zupełnie przypadkiem trafia do niej list od jednego z mieszkańców wyspy Guernsey, jednej z Wysp Normandzkich. Ciekawa sprawa z tymi Wyspami. Leżą w pobliżu Normandii, ale nie należą do Francji. Nie są też częściami Zjednoczonego Królestwa, ani koloniami. Podlegają bezpośrednio Koronie Brytyjskiej. Nawet nie są w Unii Europejskiej (choć teraz i tak by nie były…). W czasie II wojny światowej Wyspy Normandzkie znajdowały się pod okupacją niemiecką. Tuż przed inwazją hitlerowską wywieziono stąd niemal wszystkie dzieci, aby zamieszkały u zupełnie obcych ludzi w Anglii. W każdym razie, w czasie wojny wyspy te zostały całkowicie odizolowane od reszty Wielkiej Brytanii, do mieszkańców nie docierały żadne informacje z lądu. I chyba tak naprawdę, nikt się nimi specjalnie nie przejmował.

I właśnie w czasie wojny, zupełnie przypadkiem, dla uniknięcia represji ze strony okupanta, zostało zawiązane Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Jak to się często zdarza, prowizorki potrafią przetrwać lata. Okazało się, że ludzie, którzy dotąd niespecjalnie interesowali się literaturą, zaczynają kochać słowo pisane. Co więcej, tych ludzi zaczyna łączyć specjalna więź, która okazuje się silniejsza, niż strach i wojenna bieda.
Wymiana korespondencji pomiędzy mieszkańcami wyspy a Juliet, skłania młodą pisarkę do wyjazdu na Guernsey… Więcej nie opowiem.

To bardzo ciepła książka. Taka, która sprawia, że ogarnia cię błogi spokój o losy tego świata. Książka o przyjaźni i o miłości do książek. Zabawna, momentami nawet bardzo. Bardzo, ale to bardzo optymistyczna.

Najlepsze jabłko na każdą chorobę. Jedyna książka, której dałam 10 gwiazdek na portalu lubimyczytać.pl

Miejcie ją w zanadrzu, bo grypa szaleje!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz