Najlepsza książka na walkę z grypą
Ostatni
tydzień spędziłam na chorowaniu. Cóż, grypa nie oszczędza. W
zasadzie chorowanie jest dość przyjemne, prawda? Zawsze kiedy
dopada mnie infekcja, przypominam sobie taki fragment z książki
Philippe’a Delerme’a „Pierwszy łyk piwa i inne drobne
przyjemności”:
„Ach,
te niezapomniane choroby dzieciństwa! - dzięki nim mogłeś spędzić
kilka dni w łóżku, w towarzystwie królika Bugsa. Ale cóż, z
wiekiem coraz mniej przyjemności płynie z niedomagań...”
Być może autor ma rację. Z wiekiem gorzej znosi się choroby, ale
to nie oznacza, że leżąc w łóżku, nie można sięgnąć po
jakąś fajną lekturę. Długo nie mogłam sobie dobrać książki
do choroby. Zaczęłam chyba ze trzy reklamowane ostatnio powieści i
każdą porzucałam po kilkunastu stronach. Znacie to uczucie? Kiedy
człowiek w desperacji szuka punktu zaczepienia i lektury, która go
w końcu pochłonie? Strasznie tego nie lubię. Tego, że nie mogę
trafić do jakiegoś świata tekstu, w którym chciałabym
zamieszkać.
Zdesperowana, zaczęłam się zastanawiać nad obejrzeniem kilku
zaległych filmów. I wtedy, w ostatnim przebłysku świadomości,
pomyślałam, że teraz, w tej mojej chorobie, mam ochotę na coś
pokrzepiającego, coś, co mnie podniesie na duchu, na taką powieść,
w której lubię niemal wszystkich. Macie takie książki? Na pewno.
Każdy je ma. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to właśnie to:
„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”. Autorki: Mary Ann Shaffer, Annie Barrows
Dziwny tytuł, prawda? Dość długi, dziwaczny, a to zazwyczaj nie
wróży powodzenia książce. A jednak. Kilka lat temu kupiłam
wydanie papierowe w jednej z księgarni, właśnie ze względu na
absurdalność tytułu. I do dzisiaj „Stowarzyszenie...” jest
jedną z moich ukochanych książek.
Zwlekłam się więc z łoża boleści i poszłam szukać książki.
Przekopałam wszystkie regały. Książka jest dość krótka, nie
rzuca się w oczy, więc trochę to trwało. Nie znalazłam! Przy
okazji – jeśli to Ty ją ode mnie pożyczyłeś/aś, zwróć!
Tęsknię za nią!
Na szczęście książka doczekała się wydania elektronicznego,
była dość tania, więc cóż… Kupiłam i z lubością zanurzyłam
się w latach 40-tych ubiegłego wieku.
Zacznę od formy. Książka napisana jest w formie listów. Wiem,
wiem, nie każdy lubi taki rodzaj narracji. Ja w zasadzie
niekoniecznie za nim przepadam. Ale w tym wypadku, czyta się
świetnie i naprawdę ta forma jest chyba wielkim atutem powieści. Z
listów bowiem świetnie odczytujemy zalety, wady, śmiesznostki,
charaktery bohaterów.
Akcja powieści toczy się w Anglii, tuż po zakończeniu II wojny
światowej. Juliet, młoda pisarka objeżdża Anglię promując swoją
książkę. Zupełnie przypadkiem trafia do niej list od jednego z
mieszkańców wyspy Guernsey, jednej z Wysp Normandzkich. Ciekawa
sprawa z tymi Wyspami. Leżą w pobliżu Normandii, ale nie należą
do Francji. Nie są też częściami Zjednoczonego Królestwa, ani
koloniami. Podlegają bezpośrednio Koronie Brytyjskiej. Nawet nie są
w Unii Europejskiej (choć teraz i tak by nie były…). W czasie II
wojny światowej Wyspy Normandzkie znajdowały się pod okupacją
niemiecką. Tuż przed inwazją hitlerowską wywieziono stąd niemal
wszystkie dzieci, aby zamieszkały u zupełnie obcych ludzi w Anglii.
W każdym razie, w czasie wojny wyspy te zostały całkowicie
odizolowane od reszty Wielkiej Brytanii, do mieszkańców nie
docierały żadne informacje z lądu. I chyba tak naprawdę, nikt się
nimi specjalnie nie przejmował.
I właśnie w czasie wojny, zupełnie przypadkiem, dla uniknięcia
represji ze strony okupanta, zostało zawiązane Stowarzyszenie
Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Jak to się
często zdarza, prowizorki potrafią przetrwać lata. Okazało się,
że ludzie, którzy dotąd niespecjalnie interesowali się
literaturą, zaczynają kochać słowo pisane. Co więcej, tych ludzi
zaczyna łączyć specjalna więź, która okazuje się silniejsza,
niż strach i wojenna bieda.
Wymiana korespondencji pomiędzy mieszkańcami wyspy a Juliet,
skłania młodą pisarkę do wyjazdu na Guernsey… Więcej nie
opowiem.
To bardzo ciepła książka. Taka, która sprawia, że ogarnia cię
błogi spokój o losy tego świata. Książka o przyjaźni i o
miłości do książek. Zabawna, momentami nawet bardzo. Bardzo, ale
to bardzo optymistyczna.
Najlepsze jabłko na każdą chorobę. Jedyna książka, której
dałam 10 gwiazdek na portalu lubimyczytać.pl
Miejcie ją w zanadrzu, bo grypa szaleje!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz